|
Tak się złożyło, że lutowo-marcowa odsłona Miasta pojawia się w okolicach Wielkiejnocy, co właściwie zwalnia mnie z obowiązku opowiadania o zawartości POLIS MPC i przedstawiania zacnych Autorów (jest wśród nich - obok weteranów - także paru debiutantów), a pozwala zająć perspektywę nieco ogólniejszą, wszak to kolejna Wielkanoc u nas :) Jednocześnie wszyscy mamy świadomość, iż akurat w tym roku wypada nie tylko 5 rocznica odejścia Jana Pawła II do Domu Pana, ale i beatyfikacja papieża-Polaka oraz ks. Jerzego, dwóch mocarzy ducha, bez których (tak jak i bez Prymasa Tysiąclecia) trudno sobie wyobrazić kształt Polski i (nie tylko polskiego) Kościoła po II wojnie. Ich mocy duchowych potrzeba nam, jak się wydaje, szczególnie teraz, kiedy przeżywamy jakiś wielki powrót do przeszłości polegający na szeroko zakrojonych procesach rekomunizacji ponoć „wyzwolonego z komunizmu” kraju. Oczywiście na czas ogólnomedialnych wspomnień o „naszym papieżu” polskie środki masowego przekazu - wiedząc, że właśnie na Święta Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa Polacy gremialnie odwiedzają kościoły i przystępują do Komunii manifestując w ten sposób swoją wiarę i przywiązanie do Zbawiciela – zamieniają się w niby katolickie, choć jeszcze niedawno w nich to przecież toczyła się „poważna debata z udziałem ekspertów” na temat obecności (a raczej zbyteczności) krzyży w miejscach publicznych czy też na temat „kontrowersyjnych wystaw antyaborcyjnych”. W okresie okołoświątecznym bowiem, by zapewnić sobie „oglądalność, słuchalność i czytalność”, ludzie tych mediów - ludzie, co potrafią z pasją nagłaśniać antykatolickie akcje czy dzieła (jak choćby wyjątkowo odległy od chrześcijaństwa tygodnik „Newsweek” na swoich okładkach) i dumać potem, na ile te akcje i dzieła „można uznać za obrazoburcze czy bluźniercze” - zaciskają nagle zęby i w postmodernistycznej zaprawie mieszają „święte obrazki”, „życzenia wielkanocne”, „baranki”, „jajka” i „ogólne rozważania” rozmaitych myślicieli (zwykle też dorzucając głosy jakichś duchownych) nad kondycją świata. Tylko i wyłącznie po to, by z komercyjnych względów przyciągnąć mniej zorientowanego czytelnika, który te propagandowe i dezinformacyjne zabiegi potraktuje serio – no i sprzedać jak najlepiej świąteczny nakład. Ci ludzie pokazują w ten sposób, że potrafią zarabiać i na antychrystianizmie, i na udawaniu pobożności – publikowane treści zaś zmieniają oni w zależności od kontekstu i „targetu”.
Ta koniunkturalność mediów w naszym kraju nie jest niczym wyjątkowym – przeciwnie, stanowi odzwierciedlenie hipokryzji polskiego establishmentu, który instrumentalnie potraktował i Kościół, i katolików, i religijno-patriotyczny zapał Polaków (pałowanych za komuny po nabożeństwach w intencji Ojczyzny), składając „u początku dziejów”, czyli po „obaleniu komunizmu” obietnicę budowy „nowego państwa” i z marszu przystępując do walki z „państwem wyznaniowym”. Kościół bowiem potrzebny był do „negocjacji” z czerwonymi, do „poświęcania” nowo stawianych (czy nowymi ludźmi zapełnianych) budowli, ale już niekoniecznie do ustalania porządku wartości „nowego państwa” - tym ostatnim bowiem zajęli się wujkowie, co pracując nad „Konstytucją” (nawiasem mówiąc z... 2 kwietnia 1997 r.), w pocie czoła, w wielkim intelektualnym skupieniu, jakby już nie Marksa, Engelsa i Lenina, ale samego potężnego Hegla przywoływali - wypracowywali dialektyczną formułę, zgodnie z którą systemu wartości porządkującego kwestie społeczne i polityczne w naszym kraju dostarczają zarówno wierzący w Boga, jak i „nie podzielający tej wiary”. W rezultacie, ponieważ tymi „nie podzielającymi tej wiary” jakoś wybitnie nas Pan Bóg po II wojnie i „po obaleniu komunizmu” obdarował, to owi „nie podzielający tej wiary” jakoś mają wiążący i ostateczny głos w polskich sprawach narodowych (także w sprawach wiary!), by przypadkiem czarna, katolicka sotnia nie zaczęła tychże spraw brać w swoje ręce.
Co więcej, można odnieść wrażenie, iż to dążenie do trwałego wyparcia katolików i katolicyzmu z polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, przybiera na sile z roku na rok, a temu procesowi sprzyja antyreligijna (a zwłaszcza antykatolicka) atmosfera na Zachodzie. Czy nas przełamią?
To pytanie, którego nie powinniśmy sobie zadawać wyłącznie od święta. Wiedząc, że na pochyłe drzewo to i koza wlezie, moglibyśmy dokonać szerszego obrachunku dotyczącego tego, na ile my sami, jako pewna zbiorowość świadoma dziedzictwa, którego strzeże, jak i obowiązków, które jej powierzono („musicie od siebie wymagać!”, mawiał Jan Paweł II), nie wycofuje się jakoś z tej walki o system wartości, nie ustępuje pola wrogowi, zajęta codzienną, ogłupiającą krzątaniną. Problemem bowiem nie jest to, że hipokryci w mediach czy na szczytach władzy udają pobożność, chcąc realizować rozmaite doraźne cele i osiągać przeróżne korzyści, także osobiste – lecz to, czy nasza pobożność nie jest udawana i podszyta jakimś (takim coraz mniej) tłumionym strachem przed tym wszystkim, co niesie współczesny świat między innymi poprzez media wieszczące nam, niemalże jak jakieś nowe trąby jerychońskie, raz po raz koniec katolicyzmu, czy koniec religijnego systemu wartości w ogóle – no bo jak wiemy, dla wielu środowisk oświeconych „Bóg umarł”.
Bóg faktycznie umarł, ale i powstał z martwych, co stanowi sedno naszej wiary i zarazem źródło naszej duchowej siły. Chrystus umarł, Chrystus zmartwychwstał, Chrystus powróci. Historia ukrzyżowania nie jest wydarzeniem z odległej przeszłości, jest, obrazowo rzecz ujmując, powtarzana po dziś dzień, kiedy to rozmaici szydercy i złoczyńcy stawiają Boga przed swoim trybunałem, „wykazują” Jego winę, a następnie skazują na śmierć, ponieważ naprawdę pragną oni, by Bóg znikł z dziejów człowieka.
Zmartwychwstanie Jezusa, a następnie wylanie Ducha, sprawiło, że Apostołowie, zrazu zalęknieni i niepewni tego wszystkiego, co ich Nauczyciel im przekazywał, stali się ludźmi pełnymi mocy, odważnymi, bezkompromisowymi, oddanymi Bogu aż do końca. Przestali się lękać właśnie. Jan Paweł II po swoim wyborze na papieża, zawołał „Nie lękajcie się!”, i wołał tak wielokrotnie, choć czasami udawaliśmy, że nie słyszymy albo że nie kieruje tego do nas. Przywołując przed oczy Zmartwychwstałego oraz wielkich Polaków, powinniśmy zatem uzbroić się w odwagę, tak bardzo nam wszystkim potrzebną do walki o nasze narodowe sprawy.
Sursum corda! Alleluja!

|
pomysł dobry, bo...
no, Panie, obaj z...
to prawda, rola N...
To jest bardzo, b...
... że na nic n...
Zgadzam się co d...
niewykluczone, ż...
Zatem mamy sytuac...
wiele zależy wł...
No, ale wyczekiwa...