Brama Wjazdowa

U Bramy
Wartownicy
Souvenir

Wiza wjazdowa

Wędrowiec zapomniał hasła?
Wędrowiec zapomniał nazwę?
Wędrowiec chce założyć konto?

Archiwum

Smoleńsk 2010

PayPal

Dziękujemy Państwu za finansowe wsparcie Miasta

Kwota: 

Najnowsze komentarze

Odsłon : 1052379
Dzielnica Publicystów
Rozważania o wojnie domowej
Free Your Mind   

 

„Polskie społeczeństwo, my wszyscy wciąż jeszcze mamy w sobie gen niewolnictwa, mamy w sobie gen zaszczepiony przez komunizm. Powinniśmy ten gen jak najszybciej z korzeniami wyrwać”

Janusz Kurtyka

* * *

„Awanturnikom trzeba skrępować ręce, zanim wtrącą ojczyznę w otchłań bratobójczej walki”

Jaruzel, 13.XII.1981

„Nie może być takiego miejsca, gdzie nas nie ma”

Erich Mielke

1.

Właściwie to wojna domowa toczy się w Polsce nieprzerwanie, odkąd zaczęli się tu panoszyć, zakładając swoje własne państwo, agenci Moskwy. Patrząc zresztą z tej perspektywy, historia współczesna naszego kraju nie jest jakoś szczególnie skomplikowana, gdyż albo staje się po stronie ruskich agentów („rewolucja”), albo po stronie ludzi z tymi agentami walczących, czyli „kontrrewolucji”. Niesamowite jest zarazem to, że to rozróżnienie jest aktualne w połowie 2010 roku, w XXI wieku. Jest jednak aktualne, odkąd się okazało, że dla ruskich agentów zamach smoleński nie jest żadnym zamachem, a tragedia smoleńska nie jest żadną tragedią.

Ilekroć czytam opracowania o stalinizmie, ilekroć oglądam kroniki filmowe z tamtych piekielnych czasów, tylekroć zastanawiam się, skąd się brali ci, którzy z uśmiechem paradowali na pochodach oraz którzy zgłaszali dobrowolny akces do służby komunistycznym oprawcom – ludziom, co gwałcili, zabijali, torturowali niewinnych, siali potworne kłamstwo od świtu do nocy, łamali innych, uważając się za wysłanników lepszego świata. Otóż tacy od paradowania i służby oprawcom biorą się z ulicy. Jeśli jest potrzeba, to zwyczajnie zgłaszają się ochotnicy na volksdeutschów, na TW, na „życzliwych”, na funkcjonariuszy. I uważają, że „tak trzeba”, bo „takie są czasy”.

2.

J. Staniszkis w książce „Antropologia władzy” (Warszawa 2009), w rozdziale dotyczącym 'antropologii komunizmu' pisze tak o swoich doświadczeniach związanych z lekturą teczki (s. 195-197):

„szok nagłej utraty niewinności (mimo że nic się w sferze faktów nie zmieniło), związany z koniecznością spojrzenia na siebie zimnym, rybim okiem ubecji, wywołał – przynajmniej u mnie, paroksyzm nienawiści. Takiej, jakiej nie czułam przedtem, gdy komunizm jeszcze istniał. I owa nienawiść, projektowana wstecz, zaciera ostrość zapamiętanego obrazu komunizmu, u mnie zresztą zawsze stanowiącego próbę budowania własnej „teorii”, jak choćby w „Ontologii socjalizmu”. Tamte opisy pozostają prawdziwe, ale zaczynam mieć do siebie żal, że stosowałam wobec tego bagna, które i mnie chciało wciągnąć, takie neutralne, „naukowe” i starające się zachować „obiektywizm” pojęcia. Dziś drażni mnie mój ówczesny brak emocji. Pamiętam, że po aresztowaniu w 1968 roku byłam zszokowana faktem, iż początkowo ubecja przypisywała mi i to, co faktycznie zrobiłam, i to, co – jak pisano w aktach ubecji – robiła Zosia Lewicka – studentka (ja nosiłam wtedy to samo co ona nazwisko po mężu – już rozwiedzionym). A ona potrafiła rzucić kałamarzem w funkcjonariusza, ganiać w glanach wymachując łańcuchem od roweru. Ona potrafiła nienawidzić. Wtedy wstydziłam się, że biorą mnie za nią. Dziś żałuję, że nie byłam nią, i nie rzuciłam jeszcze 100 razy więcej tych kałamarzy, i nie napisałam ordynarnych bluzgów na murze – a zajmowałam się „rozumieniem”. Dziś – z tym, co czuję obecnie do komunizmu (a czego nie czułam wtedy), byłabym do tego zdolna!”

To wyznanie jest o tyle ciekawe, że stanowi wyraz pewnego rozczarowania tym, że antysystemowa „czysta myśl” nie jest w stanie przynieść takich skutków, jak „czyste działanie” - ale przecież te dwie sfery nie muszą być traktowane rozłącznie. Komunizm stanowi w końcu tak wyrafinowany system łamania ludzi, że dogłębna i ideologicznie niezdeformowana wiedza o specyfice funkcjonowania systemu pozwala obywatelowi wytwarzać mechanizmy obronne, a nawet wchodzić na poziom walki z tymże systemem. Co więcej – i ta świadomość przyświeca Miastu Pana Cogito od samego początku jego działalności – rzetelna wiedza o komunizmie (zwłaszcza peerelowskim) pozwala na dostrzeżenie jego analogonu w pookrągłostołowym systemie neokomunistycznym, ocenionym po 20 latach, jak wiemy, bardzo pozytywnie przez zbrodniarza Jaruzela (który w 2009 r. stwierdził o III RP „Ta Polska mnie się podoba”). Taka ocena świadczy, że ze współczesną Polską jest coś stanowczo nie tak.

Wracając do dylematu sformułowanego przez Staniszkis, rzekłbym tak: wiedza musi iść w parze z racjonalnym, śmiałym działaniem, ponieważ pozostawanie wyłącznie na poziomie opisu i diagnozy różnych patologii systemu, nie szkodzimy mu jeszcze w żaden dotkliwy sposób, zwłaszcza jeśli funkcjonariusze systemu mogą efektywnie marginalizować „kontrrewolucyjne publikacje” – dopiero więc sprzęgając wiedzę z antysystemową aktywnością, zaczynamy być dokuczliwi. Samo działanie oderwane od racjonalnej myśli, może bowiem zostać w szybki sposób spacyfikowane lub skanalizowane przez funkcjonariuszy. Przypomnijmy sobie choćby to, jak bardzo przemyślanym i sprytnym wobec machiny terroru komunistycznego były strajki okupacyjne na Lubelszczyźnie w lipcu 1980 r. (poprzedzające strajki na Wybrzeżu). Organizatorzy strajków wiedzieli, że protest uliczny czerwoni mogą stosunkowo szybko i łatwo „zneutralizować” - zaś protest odbywający się w murach zakładu, już nie (abstrahując już od wydźwięku propagandowego, tj. faktu, że robotnicy protestują przeciwko „robotniczej władzy” i „robotniczej partii”).

Ciekawa jest kolejna, poza stricte bezpieczniacko-infiltracyjną, warstwa systemu, zaledwie przeczuta przez Staniszkis, w trakcie analiz dokumentów (s. 197-198):

„rzeczywistość zawarta w setkach już, książek wydanych przez IPN, zawierających kilometry dokumentów, też pokazuje realność komunizmu, która dla mnie wtedy, gdy w nim żyłam, nie istniała. Jest to rzeczywistość pokrętnej biurokracji (nie weberowskiej przecież, bo traktującej prawo jako instrument władzy) oparta na dokumentach, w których nie ma śladu owej, wyobrażanej przez nas sobie (bo ja osobiście nie znałam środowiska komunistycznego aparatu) magii władzy, czy – dyktatu idei. Wychodzi prostactwo, strach (także jednego przed drugim, zwierzchnika przed podwładnym i odwrotnie); myślenie o tym, jak przetrwać następny miesiąc. Nie ma dyktatu mocy. A gry z Moskwą i próby własnej strategii, czy np. żmudny proces rozmontowywania węzła partia-państwo, który zaczął się jeszcze w stanie wojennym, (jego kulminacją była wymiana nomenklatury na służby dokonana przez Jaruzelskiego w 1987 roku – notabene większość z nich przetrwała do dziś), oczywiście w owych dokumentach nie jest odnotowana. Dla mnie wyglądają one jak parawan, za którym coś się jeszcze ukrywa.” [podkr. - F.Y.M.]

 

Więcej…
 
WOJNA, ALE CZY DOMOWA?
Rolex   

 

Miałem napisać o wojnie domowej i kiedy przygotowywałem się do tego tematu, to przyszło mi na myśl, że właściwie o niczym innym od lat nie piszę. Narody mają swoją wewnętrzną strukturę, w ramach życia narodowego toczą się spory, które przybierają kształt polityczny, ale wszystko przy zachowaniu porozumienia co do podstaw, zasad, istoty sposobu wspólnego działania w czasie i przestrzeni. Jeśli takie porozumienie zostaje zburzone, to nie istnieje już jeden naród polityczny, ale dwa – różne. Język nie ma tu nic do rzeczy, co wie każdy, kto choć pobieżnie zna historię i stosunki polityczne.

A dwa różne narody polityczne nie wytworzą wspólnej płaszczyzny porozumienia, jeśli dzieli je sposób rozumienia historii, miejsca w świecie czy aspiracji cywilizacyjnych. Kain i Abel nie zbudują polis.

 

Sytuacja istnienia dwóch narodów wymieszanych na wspólnym terytorium to preludium do wojny domowej, w której jedna ze stron będzie okupować drugą. Wojny domowe to najbardziej krwawe z wojen, bo nie ma możliwości przeprowadzenia linii demarkacyjnych, a konflikty mogą wybuchać wszędzie.

Czy w Polsce mamy do czynienia ze zwykłym sporem politycznym dotyczącym kierunku modernizacji Polski, czy też jesteśmy właśnie na etapie preludium do wojny wewnętrznej?

Otóż wszelkie odpowiedzi są błędne, bo pytanie jest wadliwie skonstruowane. Nie jesteśmy na etapie preludium wojny, ale w jej trakcie. Nie jesteśmy jednak w trakcie wojny domowej, ale w trakcie wojny z okupacją sowiecką! W trakcie wojny, która rozpoczęła się (jako wojna z obcym najazdem nazistowsko-bolszewickim) 1 września 1939 roku i która zakończyła istnienie niepodległej Rzeczypospolitej. W trakcie tej wojny terytorium Rzeczypospolitej znajdowało się pod okupacją nazistowsko-sowiecką, wyłącznie nazistowską, i – w ostatnim etapie - okupacją sowiecką, która trwała najdłużej, bo do... dzisiaj?

 

Zdaję sobie sprawę, że powyższa konstatacja może wydać się szokująca (i dlatego opatrzyłem ją znakiem zapytania), niemniej jednak jestem do niej prawie przekonany, a w dalszej części tego tekstu będę się starał swoje tezy uporządkować, również pro domo sua :-)

Kiedy wojna z najazdem obcym miałaby się przekształcić się w wojnę domową? Można tu przyjąć dwa stanowiska.

Pierwsze, wedle którego wojna domowa zaczęła się wtedy, gdy sowiecki okupant zbudował podległą sobie, a złożoną w dużej części z tubylców, administrację, bezpiekę i wojsko. Wtedy o wojnie domowej moglibyśmy mówić zaczynając od czasów gomułkowskich, kiedy to w partii komunistycznej doszło do przejęcia władzy przez „Chamów”.

 

Przyjmując taką cezurę popełnilibyśmy jednak, moim zdaniem, kilka błędów. Po pierwsze błędnie uznalibyśmy, że pochodzenie etniczne większości członków aparatu przemocy kwalifikuje aparat przemocy, jako „polski”, tak jak „polski” był sanacyjny rząd Piłsudskiego czy wojskowe władze powstania styczniowego. A przecież o tym, czy aparat przymusu jest „polski” decyduje nie jego skład narodowościowy, ale cele, ku którym dąży i funkcja, którą wykonuje. Aparat komunistycznego państwa na każdym etapie trwania tego państwa, miał jeden cel i jedną funkcję: służył utrzymaniu władztwa Moskwy nad Rzecząpospolitą.

Gdyby, za sprawą jakiegoś wspaniałego cudu, armia sowiecka wraz z jej militarną siłą zniknęła z powierzchni globu w ciągu jednej nocy, to w ciągu kolejnego dnia przestałyby istnieć państwa komunistyczne w Europie Środkowej, bo natura komunistycznego państwa była i jest sprzeczna z logos i etos każdego z tych państw i z kulturą europejską, do której należą i dzięki której można je objąć wspólną kategorią cywilizacyjną.

 

A więc nie było w Polsce wojny domowej, była sowiecka okupacja odbywająca się najpierw w warunkach zbrojnej wojny z barbarzyńskim najeźdźcą, a później wciąż funkcjonujących ogniskach biernego lub czynnego, choć pozamilitarnego, oporu, przy rezygnacji większości i kolaboracji coraz większego kręgu skomuszałych dusz.

Pytanie, czy po latach czterdziestych, kiedy Polacy byli jeszcze w stanie prowadzić coraz bardziej ograniczony opór zbrojny i konspirację typu wojskowego, istniała w Polsce zorganizowana opozycja - jest pytaniem piekielnie trudnym.

Niewątpliwie zryw poznański nosił w sobie cechy miejskiego buntu narodowego, bo we wspomnieniach wielu jego uczestników motywy bytowe (materialne) łączyły się z zapoznaniem sytuacji okupacji, a obok postulatów ekonomicznych pojawiały się i te – wprost niepodległościowe. Można poznański bunt uznać za narodowe powstanie podobne powstaniu węgierskiemu z tego samego roku, choć o wiele mniejszej skali, doniosłości i szansach powodzenia.

 

Rok 1968, moim skromnym zdaniem, takiego charakteru nie miał, podobnie jak lata 1970 i 1980. Nie wykluczam, że wśród osób włączonych w rozgrywkę dwóch komunistycznych gangów znalazły się grupy patriotyczne, niemniej jednak jest już chyba dzisiaj oczywiste, że jedna z komunistycznych frakcji rozegrała patriotycznie nastawioną młodzież i użyła cynicznie do swoich własnych celów. Widział to polski Kościół, który w licznych dokumentach i kazaniach, wygłaszanych przez najwyższych swoich dostojników, apelował o wstrzemięźliwość i nieuleganie emocjom.

Marzec 1968 roku był istotnym momentem w polskiej historii, bo na lata określił układ sił w okupacyjnych władzach oraz wykreował nowy typ opozycji wewnątrzkomunistycznej, tak zwany ruch dysydencki – ruch równie antypolski, jak i władza, z którą raz walczył, a raz się potajemnie układał. Ruch ten był przez władze tolerowany, towarzysze trafiali do więzień wyposażonych w artykuły ze sklepów „za żółtymi firankami” i telewizory, by po „odsiadce w kazamatach” pobrylować w Paryżu.

Ruch dysydencki nie został przez władzę zmiażdżony, tak jak eksterminowane były jakiekolwiek próby oporu narodowego, bo władza podejmując się jego eliminacji osłabiałaby własne szeregi (dla wielu komunistów w Polsce nazwiska członków ruchu dysydenckiego były nazwiskami znaczącymi), po drugie: tolerowanie ruchu dysydenckiego dawało komunistom szansę na kontrolowanie opozycji jako takiej. Stąd brała się niewspółmierność reakcji wobec środowisk dysydentów i wobec wszelkich prób organizowania się poza nimi. Dysydenci mieli też niebywałe zdolności konspiracyjne i wręcz wojskowe, czego dowiedli lata później, umykając przed polską armią ze zręcznością Jamesa Bonda pomimo lat niehigienicznego trybu życia :-) Historia ruchu dysydenckiego to jednak fragment historii komunizmu, a w żadnym wypadku fragment historii polskiego oporu wobec sowieckiej okupacji.

 

Rok 1970 należy chyba nazwać buntem robotniczym; hasła niepodległościowe nie pojawiały się; powszechne było żądanie „socjalizmu z ludzką twarzą”, nie kwestionowano sojuszy i ustroju. Był to jednak rok o tyle przełomowy, że dzięki przelanej krwi ruch dysydencki miał jedną z pierwszych szans na dotarcie do tych, do których wcześniej dotrzeć nie potrafił – do robotników.

Uzyskanie wpływów wśród mas jest koniecznością każdej rewolucji. Dzięki strzałom do bezbronnych na rozkaz gen. Jaruzelskiego, dysydenci mogli stanąć do walki o masy. Zupełnie inną rzeczą jest to, że w związku ze strzałami sowieckich żołnierzy sowieckiego generała Wojciecha Jaruzelskiego, dysydenci nie czuli jakoś szczególnej urazy do rozkazodawcy, a być może nawet pewnego rodzaju wdzięczność i podziw dla hartu ducha w sytuacji bojowej. Generał Jaruzelski odwdzięczył się za ten podziw później, kiedy po fali Sierpnia 1980 odsunął obóz „Chamów” od władzy i, osiem lat później, kiedy pozwolił „dysydentom” zostać stroną przy tzw. okrągłym stole, obdarzył ogólnopolskim dziennikiem i prawem do poszperania w jeszcze nieprzetrzebionych archiwach bezpieki.

 

Więcej…
 
Internet niezależny od IIPRL?
Czarnowidz   

 

Ci, którzy myślą antysystemowo, widzą, że System po “zwycięstwie” wyborczym Komorowskiego wbrew tym, którzy mieli nadzieję że konflikt się uspokoi, wręcz przeciwnie - System zaczął dokręcać śrubę. I to na wszystkich polach - nie tylko ideologicznie, ale wielce prawdopodobne zaczyna być także dokręcenie śruby w kwestii obiegu informacji.

Opozycja antysystemowa, która ujawniła się w internecie okazuje się okazuje się zbyt groźna. To już nie są nieliczne grupki oszołomskich blogerów, ale cała rzesza ludzi, którzy podczas kampanii wyborczej PiS, w zupełnie zdecentralizowany sposób wsparła swojego kandydata akcjami na portalach społecznościowych, Youtube, Facebooku itd. Wystarczy wspomnieć wyśmienite akcje MInisterstwa Prawdy na Youtube, Bobrzą Dywersję na Facebooku i Youtube itd. Do tego dochodzą niezliczone dowcipy na Demotywatorach itd. Z tego się zrobił ruch - wielu produkowało treści, a jeszcze więcej tych treści poszukiwało.

Ciemniacy będą chcieli oczywiście ograniczyć dostęp do tych treści poprzez wprowadzenie jakiegoś rodzaju cenzury internetowej, tak jak już jedną próbę podjęli przy okazji afery hazardowej, próby jak do tej pory nieudanej, ale idę o zakład, że w końcu uda im się wprowadzić index ksiąg… tfu, stron zakazanych, i np. takie POLIS MPC też tam będzie wciągnięte, za, dajmy na to, podważanie zaufania do organów państwowych i nawoływanie do łamania prawa (o ile sobie przypominam, był tam taki zapis).

Cenzura typu chińskiego w Polsce, państwie jednak leżącym w granicach EU jest niemożliwa do wprowadzenia. Cenzura chińska polega na fizycznej kontroli sieci podłączonych do internetu i blokowaniem treści zakazanych. Realizuje się to poprzez tzw “national proxy” czyli, że wszyscy operatorzy, zanim dadzą dostęp do internetu swoim użytkownikom, muszą najpierw przepuścić pakiet dążący od i do użytkownika przez specjalny serwer, sprawdzający, czy zapytanie ze strony komputera użytkownika (request) dotyczy treści dozwolonych. Nie wdając się w szczegóły techniczne, rozwiązanie to z jednej strony bardzo spowalnia dostęp do internetu, a z drugiej powoduje duże koszty po stronie operatorów, ponieważ urządzenie Proxy musi być po prostu bardzo wydajnym serwerem. W takich państwach jak Chiny, Kuba albo Białoruś można to przeprowadzić, ale nie w Polsce, ponieważ wrzask podniósłby się zbyt wielki. Dlatego cenzorzy idą w kierunku rozwiązań mniej scentralizowanych, ale też dotkliwych dla wolności słowa - listy stron zakazanych, czyli adresów internetowych, do których dostęp ma być zablokowany przez operatorów internetowych (ISP - Internet Service Provider). Czyli, po prostu, na urządzeniach ISP będzie wprowadzona komenda, że w przypadku pojawienia się zapytania (requestu) ze strony któregoś użytkownika o dany adres (np. http://www.polis2008.pl/) to wtedy taki request ma być nie obsługiwany. Oczywiście, jak wszystko w internecie i tej technologii request zostawia swój ślad, wobec czego można dodać komendę i specjalny program - magazynujący informacje o tych użytkownikach, którzy o ten adres pytają, a mając numery IP, z których przyszły requesty, porównując ze spisem abonentów np. TP - mamy listę tych, którzy popełniają myślozbrodnię.

Oczywiście, wpisywać na listę stron zakazanych będzie się uzasadniać jakimiś formalnymi kwestiami, pedofilią, hazardem, itd. ale to szczegół.

Jedyna rada na cenzurę typu chińskiego, jak i tą planowaną w Polsce, do której już raz się ciemniacy przymierzali, jedyna rada to dostęp do internetu niecenzurowanego, czyli nie podlegającego jurysdykcji IIPRL. A taki jest np w USA, dostać się do niego można za pomocą łącza satelitarnego.

Na szczęście, niezależnie od różnego rodzaju totalniaków, postęp technologiczny idzie swoją drogą, i urządzenia satelitarne już nie są tak drogie jak było to jeszcze kilka lat temu, a oprócz tego stały się, jak wszystko co związane z powszechnym zastosowaniem technologii, dużo bardziej przyjazne dla użytkownika i przenośne. W konsekwencji, za pieniądze, które w podziale na kilka rodzin na osiedlu lub w bloku, nie będą wcale takie wielkie, można mieć dostęp do amerykańskiego, czyli niecenzurowanego, internetu.

image001

Urządzenie dwukierunkowej transmisji Wildblue (antena) o szybkości 2,5, Mbps

 

Więcej…
 
Palimpsest grecki
Maria T.   

 

Pisarze używali już wzniosłych słów: „zabezpieczanie śladów” – w kontekście zbrodni katyńskiej, naszym „losem jest strzelać do wroga z brylantów”, a inni, jakby wbrew naturze chcąc narzucić swoją utopię bezpiecznej małości, wyszydzali wielkość. W przyrodzie drobne zwierzęta instynktownie czują się zagrożone. Są wszakże twórcy kultury, którzy w małości zdają się pokładać nadzieję. Ale nie warto być małym. Zresztą wcale nie jest być małym bezpiecznie.

Po śmierci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Prezesa Janusza Kurtyki, Janusza Kochanowskiego, obecnego i poprzedniego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, dowódców wojskowych Polski należącej do Paktu Północnoatlantyckiego, nasuwają się skojarzenia z Makbetem, Balladyną czy też tragediami greckimi. Polegli na służbie Rzeczypospolitej depozytariusze jej tajemnic. Zabrakło wielu, którzy przeszkadzaliby w rozmaitego typu niegodnych procederach: od najprostszych, za które trafia się zwykle do więzienia, po skomplikowane, które owocują fałszywą chwałą, uporczywym zakłamaniem, dziesiątkami lat złego sumienia. Kto skorzystał na stratach dla niepodległej Polski? Kto i dlaczego życzył śmierci najlepszym Polakom? Kto, z jakich powodów i w jakim celu nakłania, aby z nich drwić? Jak można współczuć bardziej beneficjentom bezprawia niż poszkodowanym?

W arcydziełach literackich splatają się odwieczne wzorce zbrodni. A teksty same układają się jak deseń wzorzystej tkaniny. Spróbujmy raz czytać nie jak w szkole, układnie, lecz heretycko, jak tajemniczy, bez wiedzy autorów samopiszący się palimpsest:

Ajgistos śpi. Chrapanie murów.

Krew na kamieniach trochę wyschła.

Elektra ziewa. Piąta rano

Ciążą na barkach koromysła

Schodzi po schodach do cysterny

Gdzie nocna wilgoć jak nietoperz

I zanim wiadro wodę zmąci

W wodzie ogromne ojca oczy

Nalane strachem. Tak bez krzyku

Rozmawia z córką Agamemnon

Cały dzień prawie. Stosy brudów

Na prześcieradłach krew i sperma.

W niedrukowanym za życia Herberta wierszu z 1966 roku Mykeny znajdują się jeszcze inne niż zwykle cytowane w kontekście tragedii 10 kwietnia słowa. Nie słynne: „dymi mgłą katyński las”, „choćby miał spaść bezcenny kapitel ciała głowa”, „chłosta śmiechu” i „zabójstwo na śmietniku”, lecz zapis odwiecznego udręczenia wszelkich ofiar zbrodni splecionych z odpowiedzialnymi za ich śmierć tragicznym węzłem:

Epos jest stary i zużyty

Jakby po kościach sunął broną

Pełznie głos nikły po kamieniach

W grubej ciemności megaronu

Kolejny fragment wiersza poprzedzę łacińską maksymą: In vino veritas:

Jest chwila ciszy kiedy karki

Ugnie potężny wina opar

Pogodzi zmarłych i zabójców

Cień co zdejmuje z ściany topór.

Zajmując się niebłahymi treściami, Zbigniew Herbert w powojennej Polsce niejednokrotnie podejmował problem zbrodni, która miała być doskonała, tzn. bezkarna, nie do udowodnienia sprawcy, lecz nie ma zbrodni doskonałej. Gdy ludzie świadomie nie są w stanie wymierzyć sprawiedliwości, sprawcę dręczy obsesyjny lęk przez sprawiedliwością lub sumienie. Kara następuje w końcu samoistnie po dłuższym czasie – przemija niesłusznie zdobyta sława, działa los, który lepiej pewnie rozumieli starożytni od nas, ogłupiałych bujdami o „znanych i lubianych”.

W okresie stalinowskim poeta bezskutecznie usiłował zabrać głos w dyskusji nad zobowiązaniem moralnym, które powstaje wskutek zbrodni. Czynił to pod pretekstem polemik wokół Hamleta, choć zapewne myślało się wówczas o żołnierzach wyklętych: katowanych i mordowanych na UB lub nielicznych jeszcze, dogorywających w lasach. Dziś, gdy wraca się do ich historii, a trzy miesiące temu zginęli strażnicy pamięci o nich, na zakończenie szkicu młodego wówczas Herberta same nakładają się dla nas, czytelników 2010 roku, nowe warstwy skojarzeń i znaczeń: „Pochowany w pauzie huków armatnich i w naszym milczeniu ślubujemy Ci, książę, bezsenność, niepokój, żarliwość. Pochowany w małej przerwie ziemi i w najgłębszym miejscu pamięci ślubujemy Ci, książę, że kiedy przyjdzie czas próby, wybierzemy cięższy rapier i cięższą śmierć”.

image001

Pola

 

 
Co wiemy o Platformie Obywatelskiej
Witold Zajączkowski   

 

Czym jest ta grupa dawnych gdańskich liberałów współżyjących z esbeckim biznesem, to środowisko, ta formacja polityczna? Widać dziś, dzięki wiedzy odkłamywanej przez część mediów, że powstała na zasadzie "Łajno dla łajna to fajna ferajna". Do tego, jak sądzi, jest piękna, mądra, światowa, z dużych miast, wykształcona... Nie szkodzi, że bez honoru i godności, głównie polskości, bo swą "europejskością" przeważnie do dyskotekowej młodzieży się zwraca, wierząc, zresztą poniekąd słusznie, że "do rządu, nierządu i pogody ma zaufanie tylko młody". Zwąc się elitą nie wie, że niejeden o ich bohaterach powie: "W tej głowie pustkowie". Ale nic to, każdy z leaderów tak wysoko siebie ceni, że "opiera czubek swego nosa o niebiosa". Czysty narcyzm i bufonada!

Propagandę i wpływy ma ukochana Platforma (zwana nie wiadomo dlaczego Obywatelską, proponuję: Oligarchczną) ogromne: prawie całe media tele- i drukowane, liczne "autorytety", a głównie specsłużby. Bo dotąd istniał mit o trzech tenorach: Olechowskim, ś.p. Płażyńskim i Tusku. Ostatnio do grona założycielskiego przyznał się gen. Dukaczewski ze swoimi agentami chowu moskiewskiego. W sumie mamy kwartet. I to jest prawda, to jest fakt!

ROAD=UD=UW=PO i ich sługusi na ekranie i po piórze, w tym aktorzy, którzy zawsze wisieli na rządowych klamkach - obojętnie jakiej maści, o których postawie śpiewał ich kolega po fachu, piosenkarz i satyryk Wojtek Młynarski, że mają "szare komórki do wynajęcia", oraz medialni pajace masowej popkultury: Wojewódzki i Majewski, od 20 lat odmóżdżają i okłamują społeczeństwo. Bo się go strasznie boją, walcząc o władzę, która im daje chwałę, sławę i pieniądze (tym nie gardzą - "pecunia non olet") oraz rząd dusz nad głupimi i maluczkimi, na których pasożytują. Dlatego niestrudzenie pracują pismaki-politykierzy, od Paradowskiej przez Żakowskiego, Michnika i jego hunwejbinów, po Olejnik, Lisa i "Szkło kontaktowe". Czyli od "Polityki", "Gazety Wyborczej", przez pomniejsze szmatławce, po TVN, Polsat i częściowo TVP.

image001

Większość społeczeństwa, rządzona nieudolnie przez rząd oświeconych, tzw. zaścianek, w pogoni za pracą i marną płacą, bez względu na wykształcenie, nie dostrzega (z braku czasu, ze zmęczenia, często niezrozumienia) manipulacji i kłamstwa, płynącego z prasy i telewizorni i daje się nabrać na modę "europejską" i być choć na sekundę cool wg myśli: "Zaufaj bańce z mydła, na chwilę da ci skrzydła". Ale, co gorsza, liberalnego wciskania kitu nie dostrzegli w większości inteligenci i studenci. Wielu z nich przyjęło starą maksymę: "Prawda w oczy kole, a więc kłamstwo wolę", co zwalnia od dręczenia umysłu myśleniem i daje upragniony święty spokój. Nie to, co rządy PiS-u, które ścigały korupcję, pospolite złodziejstwo, obcych agentów w polityce, gospodarce, wojsku, mediach, naprawiały prawo, uderzając w interesy zasiedziałych grup, które uwłaszczyły się na majątku narodowym i żyły spokojnie niczym kalifowie.

Twardo walczył premier Jarosław Kaczyński wraz ze ś.p. Prezydentem o godne miejsce Polski w Europie, zdobywając uznanie politycznych ośrodków, a tym samym narażając się na krytykę przegranych, co zrozumiałe, bo polityka, to gra interesów - ktoś wygrywa, ktoś przegrywa, ktoś zyskuje, ktoś traci. Jak mawiał premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill, w polityce nie chodzi o dobre stosunki, lecz o interesy, a my, tzn. PiS-owska władza, nie dawała sobie Unii i Rosji w kaszę dmuchać. Co najciekawsze, największa krytyka ówczesnych władz pochodziła z Polski, ze środowiska Michnika i Platformy, co wykorzystywały w Europie niechętne Polsce media.

Przeciwnicy PiS-u oraz śp. Prezydenta, opluwali go przed korespondentami zagranicznymi, którzy w gazetach wychodzących w ich krajach pisali negatywne teksty o politykach PiS-u. Następnie wrogie Kaczyńskim media w Polsce powoływały się na zaprzyjaźnione pisma zagraniczne, którym dostarczały wrednych treści, wciskając nieświadomym Polakom, że nawet zagranica śmieje się z Prezydenta RP i ówczesnego polskiego rządu. I koło się zamykało. Czysta perfidia! Gdy jedna z trzeciorzędnych gazet przedstawiła Lecha i Jarosława w karykaturze w postaci kartofli (czego nie zauważyły poważne media niemieckie), to w Polsce główne media tłukły ten temat z radością całym tygodniami. Curiozum czy zdrada?!

Kaczyński zmuszał społeczeństwo do myślenia i zastanowienia się nad kondycją państwa poprzez prowadzenie polityki historycznej, obdzierając samoistne "elity" z lukru obłudy, godził w ich pozycję społeczną i szemrane interesy. To było wówczas męczące dla większości, głównie zaangażowanej w czasie wolnym w grillowanie i piwkowanie, a Platforma obiecywała ciszę, spokój, "róbta, co chceta"!

Jak wyżej napisano, usłużne wówczas media i sami wodzowie Platformy, upoważnionej do reprezentowania interesów beneficjentów okrągłego stołu i polityki Mazowieckiego na czele z Unią Wolności, we współpracy z Kongresem Liberalno-Demokratycznym i wodzusiem Tuskiem, pod auspicjami noblisty "Bolka", na niespotykaną w dziejach Polski skalę atakowali brutalnie PiS kłamstwem i oszczerstwem, powtarzanymi wg doktryny dr Goebbelsa (ministra hitlerowskiej propagandy) setki razy dziennie. Były to tzw. newsy. Aż społeczeństwo dało się otumanić! W dużej części dla spokoju, bo w domach z ekranów sączyła się permanentna kłótnia walących młotem tuskowców i broniących się pisowców. Mistrzostwo i Palmę Pierwszeństwa należy przyznać kanałowi TVN-24.

Więcej…
 
Z neopeerelu do republiki polskiej
Free Your Mind   

 

[pierwodruk „Nowe Państwo” (6/2010)]

Potrzebna była katastrofa, by wielu polskich obywateli odkryło, iż nie żyją w normalnym państwie, lecz w sztucznym tworze. Dopiero gigantyczne „trzęsienie ziemi” z roku 2010 uzmysłowiło społeczeństwu, że państwo nie może należeć do czerwono-różowej nomenklatury, tylko jest dobrem wspólnym obywateli, a oni są tego państwa gospodarzami. Wcześniej tkwili oni w przeświadczeniu, iż nomenklatura jest wszechobecna (od polityki, poprzez naukę i edukację, na kulturze i rozrywce kończąc) i wszechwładna; jest „nie do ruszenia” - i stopniowo godzili się z tą wizją demokracji, jaką zaproponowali ojcowie III RP, tj. że demokracja to rządy nomenklatury po prostu. Majowy i czerwcowy potop pokazały dobitnie, iż nomenklatura wcale nie jest tak silna, jak się wydawało. Wprawdzie potrafi ona jeszcze zabezpieczać swoje ekskluzywne auta i z pomocą nadgorliwych wojskowych wywozić je amfibiami z zalewanych terenów, ale to doprawdy bardzo niewiele w porównaniu z tym, co rządzący muszą zrobić dla bezpieczeństwa obywateli w sytuacji, w której dosłownie wszystko się wali.

Platon nie należał do zwolenników demokracji, wychodząc z całkiem słusznego założenia: skoro nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed takim scenariuszem wydarzeń, w którym większość rządzących mogą stanowić głupcy i złoczyńcy, to ów ustrój może się zamienić w tyranię. Faktycznie, jeśliby się tak poważnie zastanowić, to nie dysponujemy możliwościami wyeliminowania ani głupoty, ani niemoralnego lub zbrodniczego działania z życia społeczno-politycznego. Możemy zaś starać się konstruować prawny i instytucjonalny porządek państwa w taki sposób, by udział głupców i złoczyńców w gronach decyzyjnych minimalizować. Pełna przejrzystość życia publicznego i obywatelska, roztropna kontrolowalność tego, jak działają poszczególne osoby czy instytucje wyposażone we władzę, to dwie podstawowe zasady umożliwiające redukowanie ciemniactwa i przestępczości. Głupiec z reguły pcha się tam, gdzie jego głupota zwyczajnie uchodzi, czyli gdzie nikt go nie pociągnie do odpowiedzialności i nie zdemaskuje jako głupca właśnie. Podobnie złoczyńca - najczęściej korzysta z osłony jakiegoś cienia lub z bezbronności ofiary.

Oczywiście, żadnych ogólnonarodowych debat dotyczących tego, jak ma wyglądać polskie państwo (i jak zapewnić uformowanie roztropnych obywateli) na przełomie lat 80. i 90. nie prowadzono, ponieważ oświeceni ojcowie neokomunistycznej demokracji uważali, że to oni są od wypracowywania „dekalogu”, a obywatele od respektowania „przykazań”. Takie debaty były niemożliwe też dlatego, że owi oświeceni (zbratani już do reszty z komunistyczną elitą) nie widzieli nic zdrożnego w stawianiu domu na piasku niesprawiedliwości (nieosądzenie czerwonych), załgania („odzyskanie niepodległości”) i nowej, wyjątkowo wyrafinowanej propagandy („Polska to normalny, zachodni kraj”). Nie widzieli też, iż konstruują w ten sposób kolejny po peerelowskim zamordyzm. Jeśli się jednak uznało czerwonych zbrodniarzy za pełnoprawnych uczestników życia politycznego, to nie mogło być inaczej.

Dziś, w 2010 r., który stanowi nowy, tragiczny początek powojennych losów Polski, debata o budowie państwa znów staje się aktualna i właściwie jest nieco łatwiejsza do przeprowadzenia, bo potiomkinowska wieś legła w gruzach, idea III RP (tzn. kompromisu ze zbrodniarzami) doszczętnie się skompromitowała, a ponadto wielu ludzi dobrej woli włączyło się aktywnie w tworzenie nowego ładu. Należy jednak mieć świadomość, iż nowe otwarcie będzie możliwe tylko przy jednoczesnym podwójnym zamknięciu – epoki komunistycznej i neokomunistycznej.

Wyłanianie się ustroju neokomunistycznego było nieuniknione, skoro najbardziej zbrodniczy system nie został wypalony do gołej ziemi z wszystkimi jego instytucjami, mechanizmami i patologiami. Innymi słowy, skoro ludzie tworzący komunizm nie trafili za swoje przestępstwa ani na stryczek, ani do ciężkich więzień, ani nawet na margines życia społeczno-politycznego, to odradzanie się komunizmu w jakiejś odnowionej formie było kwestią czasu. System ten nie jest tylko ideologią i nie jest redukowalny w żadnym wypadku do ideologii. Przeciwnie, potrafi się on sprawnie posługiwać różnymi ideologiami w zależności od aktualnych potrzeb możnowładców (oscylując między komunizmem wojennym a „demokratyzacją”, między NEP-em a stalinizmem).

Komunizm ze swej istoty to forma rządów agentury – agenturokracja. Rządy tego typu zasadzają się na tworzeniu binarnej rzeczywistości: iluzorycznej „oficjalnej” i prawdziwej, opresywno-przestępczej lub koncłagrowej (w zależności od skali terroryzmu państwowego). Agentura ma to do siebie, że działa w ukryciu, podstępem, inscenizuje przeróżne zjawiska (ze sceną polityczną włącznie), maskuje się, dezinformuje obywateli itd., ale przede wszystkim – co chcę szczególnie podkreślić, ponieważ jest to klucz do zrozumienia zagadki powodzenia komunizmu i neokomunizmu – nie podlega żadnej społecznej kontroli. Działa poza i ponad prawem. W ten sposób zarówno powojenna demokracja socjalistyczna, jak i (od 1989 r.) demokracja neokomunistyczna są ustrojami o charakterze totalitarnym, a więc trudnymi do obalenia metodami stricte pokojowymi czy legalistycznymi ze względu na stopień 1) spetryfikowania struktury państwa przez agenturę oraz 2) sparaliżowania ruchów autentycznie obywatelskich. Państwo pod rządami agentury jest ze swej istoty dysfunkcjonalne, więc funkcjonalność może ono odzyskać wyłącznie na drodze trwałego wyeliminowania agentury z życia społeczno-politycznego.

Więcej…
 
GDZIE ŁEB, A GDZIE OGON TEGO PSA?
Rolex   

Wszystko zaczęło się od sporu. Od sporu p. Elig – blogerki piszącej na łamach S24, ze mną. Spór nie był hałaśliwy, choć dotyczył ważnej kwestii geopolitycznej. Otóż p. Elig, zgadzając się ze mną w sprawie obserwacji zmiany całej mapy politycznej świata i powrotu na wielką scenę Rosji i Niemiec, nie zgodziła się z moim podejrzeniem, że mózg i plan jest w Rosji, i wskazała na Berlin. To znaczy, że spór sprowadza się nie do ustalenia czy pies jest, ale gdzie jest przód, a gdzie tył psa.

Gdzie, bez wątpliwości, mózg jest, dowiedzielibyśmy się wspólnie z panią Elig, gdyby nas niemieckie bądź rosyjskie służby zaprosiły do swoich archiwów i wszystko cierpliwie i wyczerpująco wyjaśniły. Mam jednak przeczucie, że tak się nie stanie i dlatego będziemy skazania na spekulacje, analizy oparte na obserwacji kształtów jakie wytwarza pies gryząc się z kolegą-psem pod dywanem.

 

I ja, wnioskując z tych kształtów, nadal twierdzę, że cały nowy, genialny plan dla Europy i świata narodził się i jest reżyserowany w Moskwie, według scenariusza KGB, z Władimirem Putinem w roli głównej, przy czym nie jest jasne, czy występuje on w trójroli reżysera, scenarzysty i pierwszoplanowej postaci filmu o naprawdę groźnych bandytach, czy też skrywa się za nim jakieś bystre, tkwiące w ciemności, złowrogie oko Saurona.

Dlaczego tak sądzę? Otóż współczesna Rosja, kontynuacja sowieckiego państwa, przyjęła nową strategię walki o panowanie nad światem, zmuszona ekonomicznym niepowodzeniem zimnej wojny, która doprowadziła ją na krawędź bankructwa i rozpadu. By walkę podjąć na nowo, Rosja potrzebowała technologii, a tych nie dostałaby, gdyby nie przebrała się za nowoczesną demokrację. Rosja, wobec fiaska wyścigu technologicznego, zrozumiała, że nowa strategia nie może opierać się tylko o kosztowne powiększanie arsenałów, czemu towarzyszy nieufność i ostrożność przeciwnika, ale w oparciu o kadry, kadry i jeszcze raz kadry.

 

Jak ważne są kadry w międzynarodowej polityce rosyjskiej, przekonujemy się po 10 kwietnia tego roku, kiedy to w Polsce, ale także w Europie, uaktywniła się armia ochoczo rezonująca rosyjskie kłamstwa i manipulacje.

Wpływ Niemiec na politykę rosyjską od 22 czerwca 1941 roku jest żaden. Wpływ Rosji na politykę połowy Niemiec, części okupowanej przez armię sowiecką po 1945 roku – całkowity. Przez lata okupowane przez aliantów Niemcy Zachodnie nie posiadały własnych służb wywiadu, a kiedy udało im się odbudować armię i służby wywiadu, musiały działać w ścisłym porozumieniu i pod kuratelą amerykańską. Samodzielność niemieckiej polityki międzynarodowej przez lata była nieproporcjonalna do potencjału ekonomicznego. Niemcy płaciły cenę za szaleństwa swoich politycznych przywódców. Lecz zawsze osią tej polityki było ostateczne zakończenie II wojny światowej i powrót do grona pierwszoplanowych graczy politycznych, ergo: uwolnienie się spod amerykańskiej kurateli drogą dyplomatyczną. Temu celowi, między innymi, miała służyć polityczna koncepcja Unii Europejskiej, rozumiana jako koncepcja budowy superpaństwa. Takie superpaństwo miałoby szansę stać się przeciwwagą dla Ameryki, mieć wystarczający potencjał obronny, by stanowić zaporę dla Sowietów, a dzięki znaczeniu gospodarczemu Niemiec, ośrodek ciężkości władzy i tak powoli przesuwałby się w kierunku Bonn.

 

W 1989 roku zdarzyło się coś, czego się nikt nie spodziewał. Zaczął znikać Związek Sowiecki. Ku całkowitemu zaskoczeniu Zachodu nie tyle samym faktem, ile tempem i względnym spokojem tego procesu. Komunizm w środkowej Europie mógł trwać w najlepsze do dzisiaj, czego przykładem Kuba, a spacyfikowane i zrezygnowane społeczeństwa Środkowo-Wschodniej Europy nie stanowiłyby siły mogącej rozsadzić imperium, choćby chylące się ku upadkowi.

Dzięki zaskakującemu „zniknięciu” Sowietów z grona mocarstw aspirujących do panowania nad światem świata, doszło do zjednoczenia Niemiec (przypomnijmy datę: 3 października 1990 roku). W tym procesie, wobec niechętnej postawy Wielkiej Brytanii, ostrożnego stanowiska Francji i USA, stanowisko (jeszcze wtedy formalnie) Związku Sowieckiego odegrało kluczową rolę. Przy zgodzie demokratyzującej się Rosji, żaden z byłych arcydemokratycznych okupantów nie mógł podtrzymywać woli podziału narodu, który wykazał wolę zjednoczenia.

 

W rozmowach 2+4, a więc rozmowach NRD, RFN, USA, Francji, Rosji Sowieckiej i Zjednoczonego Królestwa, to Niemcy były petentem, a w Moskwie leżał klucz do zjednoczenia. Nie wyobrażam sobie, by Moskwa nie wykorzystała w jakiś sposób tej pozycji uzyskując od Niemiec daleko idące koncesje, mające w przyszłości służyć rosyjskim interesom w Europie. Na mocy traktatu zjednoczeniowego wschodnioniemieckie landy przyłączyły się do Republiki Federalnej, nastąpiła więc swoista inkorporacja byłej NRD, i 3 października wszyscy obywatele byłej NRD stali się pełnoprawnymi obywatelami Republiki Federalnej.

Dzięki odważnej postawie Niemców (i prawdopodobnie działaniom BND) udało się niemalże w całości przechwycić archiwa słynnej STASI – odpowiednika naszego SB, z pełnym spisem agentury, służącej enerdowskim służbom do rządzenia wschodnioniemieckim społeczeństwem. Musimy jednak pamiętać, że o ile agentura STASI i SB służyła rządom sowieckiej części Europy do ochrony przed własnym społeczeństwem, o tyle istniały w każdym państwie bloku sowieckiego służby, kontrolujące lokalną administrację w imieniu i interesie Kremla, choćby po to, by zawczasu móc wyeliminować niebezpieczeństwo pojawienia się Dubczeków i Nagyów. Double check, jak mawiają Anglosasi. Nie sądzę, a właściwie stawiam dolary przeciwko orzechom, by Moskwa dopuściła do przechwycenia w Niemczech archiwów ze spisami własnej agentury, zwłaszcza w sytuacji, gdy w Niemczech wciąż stacjonowały jej wojska, a zjednoczenie Niemiec zależało również i od jej woli. Zakładam, że liczący dziesiątki tysięcy agentów moskiewski zaciąg pozostał zabezpieczony i niezagrożony ujawnieniem, tak jak stało się to w Polsce i innych krajach byłego układu, czego do dzisiaj ponosimy skutki. W Polsce ponadto nigdy nie doszło do pełnego ujawnienia nawet akt bezpieki, ale to już inna historia.

 

A przyjęcie takiego założenia oznacza, że w Republice Federalnej pojawiła się świetnie zorganizowana i zakonspirowana siatka sowieckiej agentury, sprowadzonej wprost z Moskwy, z pominięciem szczebla bezpieki NRD i bez śladów pozostawionych w kartotekach STASI.

Z kogo, zadajmy sobie pytanie, składała się ta agentura? Częściowo byli to ludzie pozyskiwani bez wiedzy organów bezpieczeństwa prowincji imperium (double check), często szczególnie dobrych agentów zwerbowanych przez miejscową bezpiekę „przejmowano” niszcząc materiały i wpisując adnotację o ustaniu współpracy. W Polsce odbywało się to w drodze przejęcia agenta SB przez wywiad wojskowy – WSW, ekspozyturę sowieckiego GRU.

A jacy agenci byli szczególnie dla Moskwy cenni? Najcenniejszymi agentami byli ci, którzy mogli, z racji odpowiednio spreparowanej „legendy” opozycyjnej, liczyć na aktywne miejsce w polityce „odrodzonego” czy „zjednoczonego” kraju. Ludzie-symbole, ludzie, którzy z racji cech psychofizycznych mogli myśleć o dostaniu się do narodowego establishmentu. Jeśli do tego dodamy, że i przed zjednoczeniem Niemiec stopień infiltracji niemieckich kręgów rządowych był znaczny, a świadczy o tym fakt, że agentką sowiecką okazała się być wieloletnia osobista sekretarka Helmuta Kohla, to możemy sobie wyrobić zdanie na temat ewentualnego położenia łba i ogona tytułowego psa.

 

Niezależnie od atutów, które Rosja sowiecka w Niemczech pozostawiła, wydaje się, że w czasie jelcynowskiej smuty, zajęta reorganizacją własnego centrum i rozkradaniem wszystkiego, co było do rozkradnięcia, nie wykorzystywała tego potencjału w szerokim zakresie.

I właśnie w tym czasie Niemcy, posługując się sprytnie natowską machiną wojskową prowadzą arcymistrzowską grę na Bałkanach, „odtwarzając” przebieg granic nieboszczki Austrii i realizując stary plan utworzenia dwóch europejskich pro-niemieckich państw islamskich na południu Europy, co przy założeniu tradycyjnie przychylnej Niemcom Ankary daje „pas ochronny”, skutecznie powstrzymujący przed antyniemieckimi fobiami prorosyjskie, słowiańskie narody bałkańskie. Postępy niemieckiego wywiadu i dyplomacji kończą się na upokorzeniu Serbii i oddaniu Albańczykom Kosowa, po tym momencie kremlowskie „oko Saurona” po zreorganizowaniu własnego centrum zwraca się ku Europie, skutecznie hamując dalsze „sukcesy” Berlina w tym regionie.

 

Kiedy, przy jakiej okazji Niemcy zdecydowały się na zawiązanie ścisłego politycznego sojuszu z putinowską Rosją - nie wiem, ale stało się to jeszcze za kanclerzowania Gerharda Schroedera, który był wyjątkowym zwolennikiem Gazpromu i koncepcji bezpośredniego dostarczania surowców z Rosji do Niemiec, z pominięciem krajów tranzytowych. Politykę zbliżenia Niemiec kontynuowała Angela Merkel, a symbolicznym momentem tego zbliżenia była jej obecność jako jednego przywódcy świata Zachodu na defiladzie w Moskwie, 9 maja 2010 roku.

Rzecz jasna, powyższe przypomnienie nie przesądza ostatecznie o budowie psa. Ktoś powie, że cywilizowani, długofalowo myślący i ostrożni przywódcy Niemiec stanowią oczywistą przeciwwagę dla rosyjskich imperialnych aspiracji.

No cóż, imperialne aspiracje Niemiec pojawiają się wraz ze zjednoczeniem Niemiec pod egidą Prus. Wcześniej Prusy – najbardziej agresywne z niemieckich państw, doszlusowały do szeregu czterech wielkich w Europie, bez szans na udział w podziale świata, ale przynajmniej starczyło potencjału na uzyskanie statusu lokalnego mocarstwa w czasie, gdy inne państwa niemieckie uczestniczyły w wielkiej europejskiej polityce, dostarczając koronowanych głów państwom, w których klasa przywódcza nie chciała mieć zbyt silnego monarchy.

 

I jeśli za początek globalnych aspiracji Niemiec przyjmiemy ostanie trzy dekady dziewiętnastego wieku, a za sprawdzian sprawności elit w zakresie osiągania imperialnych celów umowne trzy pokolenia, a więc lat siedemdziesiąt pięć, to wyjdzie nam, że żadnej elicie politycznej nie udało się osiągnąć tak wielu zniszczeń w tak krótkim okresie czasu. Zdolności wystarczyło jedynie na tyle, by pociągnąć za sobą ku ruinie całą Europę.

W 1914 roku centrum świata znajduje się w Londynie i Paryżu, suma terytoriów zależnych państw europejskich pozwala mówić o największym imperium w historii, trzydzieści lat później Europa jest bankrutem, a światem rządzi się z Waszyngtonu i Moskwy, granica Azji przesunęła się nad Łabę.

Jeśli przez pryzmat historii mielibyśmy oceniać dalekowzroczność berlińskich elit, to trzeba by to podsumować stwierdzeniem, że przynajmniej dobrze grają w futbol.

 

W tym samym czasie (mniej więcej siedemdziesięciu lat), Rosja sowiecka, stając do imperialnego wyścigu w sytuacji kompletnej ruiny i dewastacji rewolucyjnej, przeistacza się z bankruta w pierwszoplanowego gracza na politycznej scenie, a po okresie smuty, w charakterystyczny dla siebie sposób - w drodze zbrodni - znów na nią wraca.

Biorąc pod uwagę umiejętności gry na geopolitycznej szachownicy, umiejętności, które pokolenia gromadzą przez wieki, wygląda to na starcie mrówki ze słoniem. Stawiam tutaj tezę, że to Rosja wykorzystuje naiwność niemieckich polityków, ich sny o potędze, swoją silną siatkę szpiegowską i wpływy, by posłużyć się Niemcami, a dzięki nim Unią Europejską, do zrealizowania testamentu ojców-założycieli Sowieckiego Sojuza i przesunąć granice imperium po Atlantyk.

 

I drugą, że gwałtowne przyspieszenie tego procesu miało miejsce w Smoleńsku, 10 kwietnia, i że zdarzenie to nie było dla niemieckiej elity zaskoczeniem, czemu dała wyraz ostentacyjnie obściskując się z Miedwiediewem, Putinem i drogim Bronkiem (już wkrótce prezydentem RP) tuż po tej tragedii, oraz oklaskując przejeżdżające moskiewskimi alejami sowieckie tanki.

Ta ostentacja z jednej strony, przy absencji wszystkich pozostałych przywódców świata zachodniego, wiele, moim zdaniem, mówi o budowie psa, a jeśli mam rację, to psi ogon znalazł się w zupełnie nowej, ontologicznej sytuacji, będąc jednocześnie i częścią psa, i jego zakładnikiem.

Każdy, kto miał psa, wie, że bywa on często wielkim nieprzyjacielem swojej przeciwstawnej łbu części ciała, choć to akurat powinno napawać nas odrobiną optymizmu, bo kiedy głowa gryzie ogon, to pies się kręci w kółko. I w tym nadzieja. Że go zaswędzi.

Pozdrawiam

 
Niewygłoszone przemówienie Bronisława Komorowskiego
Godziemba   

 

Wersja 1 - Niewygłoszone przemówienie Bronisława Komorowskiego

Wersja 2 – Przemówienie Bronisława Komorowskiego po zwycięstwie wyborczym

Obywatele! Rodacy! Moi drodzy wyborcy z miast i wsi! Twórcy i budowniczowie III RP!

Pozdrawiam Was wszystkich gorąco i serdecznie z okazji swego wyboru!

Jesteśmy tym pokoleniem, którego udziałem i najbardziej odpowiedzialnym zadaniem historycznym jest zbudowanie nowego ustroju społecznego, urzeczywistnienie najszlachetniejszych ideałów demokracji, wydźwignięcie Narodu Polskiego na nową drogę wspaniałego rozwoju, zabezpieczenie jego całkowitej i nieprzemijającej niepodległości, utrwalenie na wieki pokoju i współpracy braterskiej między narodami. Od wieków Polacy walczyli o urzeczywistnienie tych dążeń. Dziś, dzięki braterskiej pomocy Rosji, Polacy mają szanse wcielić te idee w życie. Coraz potężniejszym tchnieniem twórczej pracy pulsuje dziś całe nasze życie społeczne i coraz szybciej Polska przeobraża się w kraj nowy, silniejszy, bogatszy, bo coraz lepiej wyposażony w najnowocześniejsze narzędzia pracy i środki wytwórcze — w kraj nowoczesnej techniki i nowoczesnego przemysłu, na którego fundamentach wyrastać i rozkwitać będzie nowa nasza kultura narodowa i społeczna.

image001

Zadania ostatnich trzech lat w pracy nad rozwojem kraju we wszystkich dziedzinach gospodarki były niewątpliwie większe i trudniejsze od zadań lat poprzednich. Każdy wie, że im więcej trwałego kapitału wkłada się w gospodarkę narodową, tym silniejszy staje się kraj i naród, tym trwalsze stają się fundamenty dla przyszłego rozwoju, tym szybciej narastają warunki dla dalszego rozkwitu zarówno gospodarki, jak i kultury narodu. Każdy z nas powinien również wiedzieć, że bez tego wielkiego wysiłku, bez olbrzymiego wkładu w naszą rozbudowę gospodarczą, nie podźwignęlibyśmy się ze stanu poprzedniego upadku i zacofania, pozostalibyśmy słabi, a ze słabymi nikt się zazwyczaj nie liczy, słabemu „wiatr w oczy" — jak mówi przysłowie.

Los obywateli krajów Europy Zachodniej świadczy wymownie o tym, jakie są skutki braku reform, skazujące ich na poniżenie, niedolę i bezrobocie. Myśmy obrali inną drogę, niełatwą, ale jedynie słuszną drogę znojnego wysiłku całego narodu w celu odbudowy i rozbudowy naszej gospodarki w oparciu o szlachetną braterską pomoc Rosji.

Dziś, po kilku zaledwie latach reform, mamy już prawo powiedzieć z dumą, że kraj nasz z roku na rok rośnie w siły. Z roku na rok pomnaża się nasz wkład w dalszy wzrost nowej techniki i nowych sił wytwórczych. Jest to wielki wysiłek, ale wysiłek niezwykle cenny i owocny, bo niezniszczalny, nieprzemijający. Każda złotówka nie wydana lekkomyślnie, lecz przeznaczona na pomnożenie siły wytwórczej kraju, ułatwia i zabezpiecza przyrost nowych wartości.

Podobnie jak niejedna polska rodzina skąpiła sobie dawniej we wszystkim, aby kłaść na kształcenie dzieci, tak dziś wspólna nasza Matka — III RP — w swej przezorności i zapobiegliwości, mnoży nasze zasoby oszczędzając, gdzie się da, aby rosła w siły nasza Rzeczpospolita. Tylko nasza wytrwała, zapobiegliwa praca i czujność wobec wrogów naszego ustroju i naszej niepodległości jest niezawodną podstawą coraz szybszego i trwałego wzrostu u nas dostatku, wiedzy i kultury.

Więcej…
 
Pewniki nie dla krętaczy
Maria T.   

 

Powinnością każdego człowieka jest samodzielnie myśleć. Wyznaczać sobie cele działania.

Powinnością każdego obywatela jest mieć własną koncepcję celów swojego państwa.

Powinnością każdego inteligenta jest mieć własną koncepcję rozwoju kultury.

Powinnością każdego twórcy jest mieć swój wyobrażony ideał kultury, w tym ideał kultury danego społeczeństwa.

Szansa na wewnątrzsterowność, suwerenność jednostki, społeczeństwa, kultury polega na indywidualizmie. Zreflektowanym, nieegocentrycznym indywidualizmie. Samodzielność myślenia i suwerenność jednostek zmniejsza prawdopodobieństwo kumulowania się błędów w skali społecznej.

Wprawdzie pewność bywa awersem ciasnoty umysłowej, lecz niepewność ośmiela manipulatorów i lawirantów.

Którędy przebiega granica między normalnym przystosowaniem się do środowiska a chorobliwym zanikiem samodzielnego myślenia? Do jakiego środowiska i po co warto się przystosowywać?

Elity kulturalne w dzisiejszej Polsce gubi brak samodzielnego myślenia i wysiłki, by ten brak eskamotować. Zewnątrzsterowność, podatność na manipulacje wynika z kompleksu niższości wobec cywilizacyjnego zaawansowania Zachodu oraz wobec mocy Wschodu. Wystarczy tupnąć: Inteligentowi nie wypada tak myśleć! I już nasz inteligent myśli siak, a nawet bardzo siak. Na przykład, „anachroniczne pojęcia” – to wyrażenie-szantaż, na które co najwyżej wypada wzruszyć ramionami. Do po(d)stępu odwoływała się już Targowica, żadne to nowatorstwo.

A wiedzieć – samemu! – coś by się przydało. Czytać prasę nie tylko w języku polskim. Od niepamiętnych czasów uczono inteligencję lektury więcej niż jednego dziennika. Gazeta jest tu tylko pars pro toto. Potrzeba samodzielnie, aktywnie szukać miarodajnych informacji z naprawdę zróżnicowanych źródeł. Pozory głębi wtajemniczenia, basy i szepty są lepem na mentalny plebs.

Czyj horyzont ambicji kończy się na własnej prywatnej zamożności, tego cechuje podejrzliwość wobec romantyków. Jak ktoś, kto sam kieruje się tylko żądzą osobistego zysku, kariery, poklasku czy pochlebstw, miałby uwierzyć w bezinteresowność polityka? Zresztą, internetowe serwisy informacyjne małych miasteczek jak na komendę piszą to samo. Ich felietoniści zapewniają, że nie wierzą żadnym politykom. Podpowiadają ćwierćinteligentom, jak mędrkować. Kto, jak, po co, gdzie rozpowszechnia żałosną antropologię pogardy, według której każdy człowiek kieruje się najniższymi motywacjami: pożądliwością, chciwością, mściwością, zawiścią? Wzgarda i samowzgarda sprzyjają atomizacji społecznej oraz podatności na manipulację.

Co więc praktycznie wynika ze złych wiadomości? Że pora przemianować zło na dobro i dobro na zło? Że warto/trzeba się do zła przyłączyć? Śmierdzą jak zjełczały tłuszcz, jak pot tchórza argumenty: takie czasy, na układy nie ma rady, jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one, takie jest życie. Zawsze jednak czeka jeszcze siostra śmierć. Jak sprawdzian wartości.

image001
Pola