|
Dzielnica Dokumentalistów i Świadków
|
Przemek Piętak
|
|
W wydanych w 1861 roku w Paryżu „Wspomnieniach Narodowych”, polski emigrant ukrywający się pod pseudonimem Helleniusz pisał o Wilnie w następujących słowach:
„Tam jakby Niebiosa otwarte, z których spływa promień w Ostrej Bramie wiekuistej chwały, i nigdy nie wygasa ognisko narodowej modlitwy. Ogień Znicza wiecznie płonący, był jakby figurą modlitwy chrześcijańskiej, ogniska żywego ducha, co tak świętym, żywym ogniem płonie. Wilno, niegdyś stolica Litwy, dziś ołtarz świętej modlitwy przed obrazem Najświętszej Panny. Wilno zniszczone jako stolica wielkich książąt i królów, potem główne siedlisko nauk, dziś zostało ołtarzem tylko rozświecającym promień wiary i miłości. Wilno dziś jest miejscem świętem, ustroniem modlitwy, ale gorącej, szczerej, żywej! Ktoby pragnął ożyć w duchu i roznieść promień wiary, niech się zbliży i stanie przed ołtarzem żyjącego ognia chrześcijańskiej Litwy, to jest w Ostrej Bramie przed obrazem Najświętszej Maryi Panny. Wilno będąc uczniem i duchowym synem Krakowa, jeśli nie wyprzedziło, to dorównało mistrzowi. Przedstawia rozwój dzieł wiary, nauki miłosierdzia w najwyższej potędze, do jakiej tylko w Polsce dojść mogły”.
Śladami polskości
Dla przybyszów odwiedzających Wilno po raz pierwszy, najczęstszym szlakiem będzie droga prowadząca od Katedry Świętej Trójcy, ulicą Zamkową aż do Ostrej Bramy. W klasycystycznej katedrze, w swojej historii będącej świadkiem między innymi koronacji polskich królów – Zygmunta Starego, Zygmunta Augusta, Stefana Batorego, do dziś możemy zobaczyć płyty z herbami Korony Polskiej (Orzeł) i Wielkiego Księstwa Litewskiego (Pogoń). W barokowej kaplicy św. Kazimierza, gdzie w grobowcu spoczywają prochy świętego, dumnie spoglądają na nas posągi Jagiellończyków. Sama świątynia została zwrócona wiernym dopiero w 1988 roku – zamknięta w 1950 przez władze radzieckie, przez lata była wykorzystywana jako galeria obrazów i sala koncertowa.
|
|
Więcej…
|
|
|
rekontra
|
|
„W przeddzień odwiedzin Papieża, w piątek wieczór, wyszedłem na miasto, żeby się przyjrzeć temu, co się naprawdę w nim dzieje. Skwar zelżał, ale wieczór był jeszcze bardzo ciepły. Na Krakowskim u skrzyżowania z Miodową samochody przeciskały się wśród tłumu zalewającego jezdnię. Letni wieczór, ani jednego mężczyzny w marynarce, wiele kobiet z obnażonymi plecami, same letnie sukienki. Młodzi ojcowie nieśli małych chłopców wysoko na ramionach, zauważyłem też sporo starszych małżeństw, trzymających się pod rękę, a parokrotnie mignęły mi twarze znajome, niegdyś widywane, jakby po latach wynurzające się z pamięci. Na Świętojańskiej i Piwnej tłum był gęsty, zbijał się zwłaszcza przed kościołami - na placu Zamkowym szedł luźniej. Przed kościołem św. Anny budowano podium pod ołtarz, na stopniach robotnicy stukali młotkami. Tutaj znowu robiło się ciasno. Idąc napotykałem coraz częściej znajomych z widzenia, których nazwisk nie mogłem sobie odtworzyć i dopiero po jakimś czasie pojąłem, że to nie są znajomi, tylko po prostu ludzie o wyglądzie dawnej inteligencji, ci, którzy na co dzień giną w masie, których nie widać. Więc jeszcze są, wylegli całymi rodzinami. Właśnie, co mnie najsilniej pociągnęło, to był rodzinny nastrój ulicy. Inny sposób chodzenia, zmieniony skład i rytm. W tej ogromnej ilości nie czuło się naporu, tłum z wolna falował, ludzie szli nie potrącając się, ustępowano sobie w przejściu. Gdzieniegdzie przesuwały się gromadki duchownych - księży i zakonnic - czarne sutanny, kornety i jasne habity tworzyły nowy akcent w miejskim obrazie, przypominając włoskie miasta z ich spacerowym korsem wieczornym po ostygnięciu upału, kiedy na ulicę wychodzą wszyscy i wszystko się ze sobą miesza. (…) Doszedłem do placu Zwycięstwa, gdzie ustawiono kilkunastometrowy krzyż, górujący nad placem w miejscu przeciwległym do Grobu Nieznanego Żołnierza. Pracowała tam katolicka straż porządkowa. (…) Służbę porządkową w mieście objęli młodzi ludzie w niebieskich czapeczkach”.
Sobota, 2 czerwca 1979 roku, godzina 10.07. Karol Wojtyła po raz pierwszy jako Ojciec Święty Jan Paweł II dotknął polskiej ziemi.
Polska nie wierzyła własnym oczom, gdy Karol Wojtyła w papamobile przemierzał ulice Warszawy. Z okien domów leciał deszcz kwiatów, ludzie wzruszeni płakali.
„Żaden polski bohater narodowy – ani Jan III Sobieski, ani Tadeusz Kościuszko, ani Józef Piłsudski – nie wkroczył do Warszawy tak triumfalnie”.
Wielogodzinne oczekiwanie w palącym słońcu na placu Zwycięstwa, nad którym góruje wielki krzyż. Z głośników dobiega śpiew i recytowana jest poezja – Juliusza Słowackiego „Pośród niesnasków Pan Bóg uderza...”
Pośród niesnasków - Pan Bóg uderza
W ogromny dzwon,
Dla Słowiańskiego oto Papieża
Otwarty tron.
(…)
On się już zbliża - rozdawca nowy
Globowych sił,
Cofnie się w żyłach pod jego słowy
Krew naszych żył;
(…)
A trzebaż mocy, byśmy ten Pański
Dźwignęli świat...
Więc oto idzie - Papież Słowiański,
Ludowy brat...
Czy Papież wiedział, jakich słów oczekują Polacy zgromadzeni na placu Zwycięstwa? Kardynał Dziwisz w „Świadectwie” przytacza zdania wypowiedziane na pokładzie papieskiego samolotu, gdy ten znalazł się nad Polską: „Musiałem odwiedzić Polskę! Muszę wesprzeć Polaków!” Karol Wojtyła wiedział doskonale.
|
|
Więcej…
|
|
Godziemba
|
|
Po XX Zjeździe KPZR oraz śmierci Bieruta, przywódcy komunistyczni PRL zdawali sobie sprawę, że w nowej sytuacji politycznej należy zmienić sposób funkcjonowania Sejmu, którego kadencja kończyła się w listopadzie 1956 roku, oraz tryb jego wyłaniania. 23 kwietnia 1956 roku premier Cyrankiewicz w przemówieniu otwierającym VIII sesję Sejmu PRL wezwał posłów do większej aktywności, przyznając jednocześnie, iż w poprzednim okresie parlament jedynie zatwierdzał decyzje rządu.
W kwietniu 1956 roku dyrektor generalny Urzędu Rady Ministrów Stanisław Rozmaryn opracował notatkę dla członków Biura Politycznego KC PZPR, w której zaproponował uchwalenie przez sejm ustawy o trybie odwoływania posłów, którzy, zdaniem wyborców reprezentowanych przez Komitet Frontu Narodowego, nie wypełniają należycie swoich obowiązków. Ewentualne uchwalenie takiej ustawy pozwalało na pozbycie się z sejmu niewygodnych dla PZPR posłów. Rozmaryn wskazywał na duży efekt propagandowy takiej ustawy w kontekście zbliżających się nowych wyborów.1 Dawał bowiem teoretycznie – gdyż sam wniosek o odwołanie mógł postawić tylko w pełni dyspozycyjny wobec partii Komitet FN – ogółowi wyborców prawo ingerowania w sprawy, które przez ostatnie lata były dla obywateli niedostępne. Miało to stworzyć wokół wyborów do sejmu atmosferę otwartości wobec społeczeństwa.
Równocześnie prasa rozpoczęła przekonywać społeczeństwo, iż w pracach sejmu nastąpił przełom. W artykule „Po sesji” zamieszczonym w „Trybunie Ludu” starano się przedstawić sejm jako instytucję, która nie tylko istnieje, ale i działa. Wyeksponowano uchwalenie ustawy o amnestii oraz słowa jednego z posłów, że należy umożliwić włączenie się w życie tym, którzy chcą pracować dla PRL, nie przekreślając różnic politycznych. Szczególnie mocno podkreślono fakt, że społeczeństwo ma coraz więcej do powiedzenia w sprawach własnego kraju. Ten wpływ powinien się powiększać, a miejscem, w którym można wyrażać swoje opinie, niepokoje i troski powinien być sejm.2
W tym samym czasie w kręgach decydentów partyjnych rozpoczęła się dyskusja dotycząca zmian w ordynacji wyborczej. Planowane zmiany miały świadczyć o demokratyzacji i umacnianiu praworządności w kraju. Przewidywano zapewnienie wyborcom możliwości tajnego głosowania (wprowadzenie kopert i kotar w lokalach wyborczych) oraz obecność mężów zaufania w toku wyborów i ustalania ich wyników. Miała być podawana również liczba głosów oddanych na poszczególnych kandydatów. Te kosmetyczne zmiany nie zmieniały faktu, że głosujący byli pozbawieni możliwości wyboru, a ich wpływ na dobór kandydatów był całkowicie iluzoryczny. Jednak zapewnienie tajności głosowania pozwalało szermować hasłami o postępującej demokratyzacji ustroju.
Władze usiłowały sterować nastrojami społecznymi, jednak coraz szersze rewindykacje swobód społecznych pokazały, że kosmetyczne zmiany są niewystarczające, a frazesy z referatu przewodniczącego Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Narodowego Aleksandra Zawadzkiego o największej sile jednoczącej jaką jest miłość do ojczyzny i podniesieniu roli bezpartyjnych w rządzeniu zupełnie rozmijały się z nastrojami społecznymi. Biuro Polityczne musiało zmienić strategię działania, w końcu sierpnia powołano komisję KC, która na początku września przedstawiła nowy wariant zmian ordynacji wyborczej. Przewidywał on dopuszczenie większej liczby kandydatów niż posłów z danego okręgu, przy czym głos oddany bez skreśleń był oddany na kandydatów umieszczonych na liście na pierwszych miejscach. Wprowadzenie instytucji miejsc mandatowych doskonale zabezpieczało władze komunistyczne przed niespodziankami wyborczymi. Front Narodowy miał zadbać o to, aby na miejscach mandatowych umieszczono tych kandydatów, którzy powinni znaleźć się w sejmie.
|
|
Więcej…
|
|
|
thaer(mk)
|
|
thaer: Dziadku, wiele razy mówił dziadek o swym śp. bracie Milku. O waszych przygodach, kiedy byliście chłopcami, ale też i o tym, kiedy brat, będąc już młodym mężczyzną działał w partyzantce na terenach Mazur, a dokładniej okolic Węgorzewa. Jak do tego doszło, że dziadek wraz z rodzicami i rodzeństwem znaleźliście się właśnie na Mazurach i właśnie w Węgorzewie?
Mirosław Gruszka: Brat miał 13 lat, a ja 11 lat [Mirosław Gruszka rocznik 1935, brat Milek - 1933 - przyp. thaer]. Mój ojciec był wywieziony na roboty do Niemiec [Węgorzewo „wróciło” do Polski po II wojnie światowej – przyp. thaer]. No i potem jak front przeszedł, wojna się skończyła, ojciec tu po prostu pozostał. Pozostał na tych terenach. Potem przyjechał do nas do Białegostoku, które było naszym rodzinnym miastem i nas po prostu ściągnął tu z Białegostoku. Kiedy przyjechał do nas, porozmawiał z mamą moją, powiedział jak to wszystko wygląda. Potem znów wrócił do Węgorzewa, a my już kiedy się umówiliśmy co i jak, wtedy przyjechaliśmy. Było to w 1946 roku. Na... przed tym, przed Wielkanocą. Już wielkanocne święta 1946 roku obchodziliśmy tu [w Węgorzewie – przyp. thaer].
Jak już dorośliście i dziadek, i Milek, musieliście się zająć pracą. Czym się dziadka brat zajmował?
No jak już te szkoły jakieś tam pokończyli, to brat poszedł i pracował w straży pożarnej jako kierowca i mechanik. Chociaż młody taki był, to już był kierowcą – 19 lat miał, chociaż może i 18 lat, nie pamiętam tak dobrze. No i jak już skończył 19 lat, to jego po prostu zamknęli. Razem z grupą piętnastu bodajże. W straży pożarnej to praktycznie wszystkich strażaków zamknęli, oprócz komendanta.
A czy dziadek wie, jak to do tego doszło, że brat był w partyzantce?
No wiesz, dokładnie nie wiem, bo nie chwalił się tym, jak to było dokładnie. Nie mówił, przecież to nie było tak, że można było mówić na wszystkie strony. Oni mieli tą swoją organizację, to przecież tajne wszystko było, wiadomo, nie było legalne. Jak to oni kiedyś zorganizowali - dokładnie to nie pamiętam. Tylko później to już się orientowałem, że coś jest. Pamiętam, jak kiedyś pomagałem bratu kolbę dorabiać do takiego karabinku jego. Miał połamaną taką kolbę, w tym karabinku... taki francuski karabinek, ale nazwy już nie pamiętam. No ale pamiętam, jak na strychu w domu razem tą kolbę dorabialiśmy.

Jak wyglądało aresztowanie brata?
Jak aresztowali? To było tak. To było raniutko, tylko dokładnie teraz nie pamiętam daty. Rano... potem się dowiedziałem. Rano przyjechali, chyba o 5 nad ranem przyjechało UB do straży pożarnej, a oni byli na zmianie tak zwanej, oni tam spali jako zawodowi strażacy w remizie tej. I tego... no i ich po prostu stamtąd zabrali. Ja nie wiedziałem jeszcze nawet, nawet nikt nie wiedział, że ich już zgarnęli, bo do nas przyjechali [UB – przyp. thaer] do domu. Ja jeszcze spałem, bo to było wcześnie rano. Kazali mnie wstać, rodzicie już nie spali. No i kazali wstać i rewizję w domu zrobili. Przewrócili wszystko, cały dom do góry nogami jak to się mówi. Wzięli nawet, mama miała ciotkę w Ameryce i listy pisali sobie. Jak znaleźli te listy, to i je zabrali. I nawet zdjęcia co nam przysłali, te z Ameryki. No i potem ja myślałem, że brat nic nie wie, że u nas rewizja była. I ja, proszę ja ciebie, ubrałem się szybko, jak oni wyszli. No i poleciałem do straży pożarnej, myślę sobie, że jego uprzedzę. Ja dolatuję do straży, już tam ruch tego... i ja dopiero się dowiedziałem, że ich wszystkich zgarnęli. Ich w sumie razem było chyba z piętnastu. To nie wszyscy byli w straży, ale większość. Innych to powyciągali z domów, tych co nie byli w straży. Nawet jeden z nich był wtedy na szkole oficerskiej, poszedł. Był we Wrocławiu, tam na szkole, to jego zdjęli stamtąd. Jeden w Kętrzynie uczył się w jakiejś szkole, też go zdjęli. Ale to dopiero potem wyszło. No i zamknęli.

A jak wyglądała sytuacja po aresztowaniu? Proces był, tak?
No to najpierw przetrzymali ich w Węgorzewie. My się dowiedzieliśmy, że mają ich wywozić tu do Olsztyna, do więzienia. To rozumiesz, my polecieliśmy, ja jeszcze z kumplem, bo jego brat był też zamknięty w tej samej sprawie – taki Kucharenko. I myśmy polecieli tam. Weszliśmy, bo to Komitet Partii tam zaraz jest. Tam teraz obecnie jest sąd w Węgorzewie. To myśmy weszli na klatkę schodową, do takich okienek. Tam taki mur był i przyglądaliśmy się tam. Samochód podjechał ciężarowy pod plandeką. I tam słomy czy siana w tym było, w tej skrzyni rozesłane. No i ich tak po dwóch skutych wprowadzali na ten samochód i musieli się położyć tam na pace, na ziemi. Nie wolno było siedzieć ani stać, ani nic, tylko leżeć na tej słomie. No... i ich powieźli do Olsztyna. Jak ich zagarnęli, to był lipiec, jak dobrze pamiętam. Lato, ciepło. No i oni, jako że strażacy to byli w tych swoich drelichowych mundurkach, w trampkach brat był i w takiej koszulce gimnastycznej białej pod mundurem. A w styczniu była rozprawa, w Olsztynie. I myśmy się dowiedzieli, pojechaliśmy na tę rozprawę. No i jak ich prowadzali na rozprawę KBW [Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego – przyp. thaer] taka formacja, to byli dwójkami spięci w kajdanach, to w tych samych mundurkach co ich aresztowali wtedy w lipcu, byli teraz w styczniu. Tak jak ich zgarnęli, to tak stali. A mróz był jak cholera, pamiętam. Ja miałem golf, sweter taki ciepły. To jak zrobili taką przerwę w rozprawie, to pozwolili dla nas podejść i porozmawiać. No to ja zdjąłem z siebie ten golf i mu dałem. Sprawa się odbyła tam. Tego... wojskowy sąd, oficerowie jacyś w stopniu już tam majora, kapitana. Taki wielki stół sędziowski, długi i na tym stole porozkładana była ich broń jaką im zarekwirowali. Co kto miał. I potem ten sędzia pytał: „Czyje to?” Brał przykładowo jakiś pistolet czy karabinek, no to każdy, kogo to było, wstawał i mówił: „Moje”. No i brat się też do tej swojej broni przyznał. A za nimi, to jak oni siedzieli na tej ławie oskarżonych, to za każdym jednym siedział milicjant, pilnowali ich. No i potem jak sprawa się kończyła, to było, jak to się mówi, ostatnie słowo, aha i zapytała się sędzia: „Jaki oni mieli cel, co chcieli osiągnąć?” A oni mówili, każdy wstał osobno i mówił: „Ustrój komunistyczny obalić, zlikwidować.” No i tak odpowiadali, proszę ja ciebie. [śmiech]
|
|
Więcej…
|
|
Andrzej Leja
|
|
Tytuł jest lekko prowokacyjny... Pamiętam jeszcze z czasów studenckich piosenkę: Jedna bomba wodorowa i wrócimy znów do Lwowa... było jeszcze - jedna bomba bardzo silna i wrócimy znów do Wilna... Zostawmy jednak te mrzonki... Nie zamierzam nawoływać do rewizji wschodnich granic Polski. Nie jestem fantastą. Wróćmy na Ukrainę to zachęta do wspólnej wędrówki ze mną i to przede wszystkim do ludzi Ukrainy... Poprzez formę nieuporządkowanego alfabetu... czytać można wybiórczo... jak się chce. Nie będzie to co prawda Gra w klasy Corteza, którą można było czytać i od tyłu, i od każdej kartki otwartej byle jak. Ale spróbujcie poczytać... To impresje z rocznej pracy na uczelni w Równem. Miłej lektury...
A - Auto... moje
A w zasadzie nawet dwa auta, których podwozia po rocznym pobycie na Ukrainie nadawały się wyłącznie do generalnego remontu. Gdy wróciłem do Polski, wpadłem w zachwyt nad równością i klasą naszych polskich dróg... Szybko mi przeszło, gdy znów pojechałem... w przeciwnym kierunku. Dzięki swoim samochodom i konieczności ich garażowania (najpierw był jeden, a później po rozwaleniu podwozia na tych wspaniałych drogach, drugi) poznałem Tolika i jego młodziutką żonę Tanię. Gdy Tolik powiedział mi z poważną miną, że za garaż u niego w podwórku zapłacić muszę całe 60 hrywien (czyli wówczas 45 złotych) na miesiąc, nie wiedziałem z początku, czy sobie ze mnie nie żartuje. Ale mówił serio. Dlaczego tak mało zrozumiałem dopiero podczas swojej pierwszej wypłaty na uczelni... nie była to dobra pensja.
Tolik okazał się bardzo życzliwym kolegą. Potrafił naprawić co nieco w popsutym samochodzie, więc ciągle chciał zaglądać do mojego i dziwił się, dlaczego nigdy się nic nie psuje. Nie mógł nawet przy nim pogrzebać. Do czasu mojej wymuszonej przez czterech osiłków stłuczki... Musiałem naprawiać nie tylko rozbity przód mercedesa, ale przede wszystkim wyremontować ich samochód... Nie dali mi zbyt wielkiego wyboru, ale to dłuższa historia i może jeszcze kiedyś do niej wrócę. Powtórzę tylko, że nie dali mi żadnego wyboru. Użyli takiej perswazji, że nie miałem szans...
Ale samochód u Tolika miałem bezpieczny, mimo plagi kradzieży. Moje auto było pilnowane auto 24 godziny na dobę za jedyne 60 hrywien... W pokoiku przy garażu spał teść Tolika. Razem z kilkoma kurami. Ale to także opowieść na inną okazję.
Co do Tolika, to można byłoby się do niego przyczepić za nadmierną ilość alkoholu, jaką w siebie wlewał niemal codziennie. I jeszcze za jego ciągłe pożyczanie pieniędzy. Oddawał honorowo, czasem w terminie, by za godzinę, dwie znowu pożyczyć. Największym atutem Tolika była jego żona Tania. Śliczna, mądra, gościnna i silna psychicznie kobieta. Do tego dobra żona i matka. Nie poznałem nikogo, kto by nie szanował i nie lubił Tani. Przez cały czas pobytu na Ukrainie miałem zresztą wrażenie, że kobiety są znacznie silniejsze od swoich mężczyzn… A ci zbyt często okazują słabość, pijąc stakanami alkohol. Tolik mówił mi, że to taka jego ucieczka od szarego, codziennego, zbyt skromnego życia.

Rolex
B - Bieda
Widać ją niemal wszędzie... Ludzie ubrani bardzo skromnie. Mięso jest niemal tak drogie jak w Polsce. Ulice zaśmiecone i zaniedbane. Podwórka, na które lubiłem zaglądać, pełne kotów i wałęsających się psów, którymi nikt tutaj się nie przejmuje. Ale ludzie pogodni. Starają się dawać jakoś sobie radę. Ci, których znałem, mieli swoje działki, działeczki, na których siali, sadzili, hodowali i to było ich drugie, równie ważne źródło utrzymania. To dlatego najbardziej upragnionego gościa zapraszali do kuchni. To tutaj przygotowywano poczęstunek. To tutaj było to symboliczne miejsce bytowego bezpieczeństwa. Ukraińcy jak żaden inny naród tragicznie poznali co to jest wielki Głód. Mają przecież swój narodowy holocaust... Wielki Głód, który zabił w latach trzydziestych miliony Ukraińców. Dziś już głodu nie mają. Tylko biedę. A obok tej biedy widać pełno mafijnych terenowych Hummerów i luksusowych domów.
C - Cały dzień w pracy
...kilka etatów... uczelnia, liceum, a wieczorami praca w Towarzystwie Kultury Polskiej. Jakie wspaniałe lekcje - spotkania. Ilu cudownych i życzliwych ludzi tutaj poznałem. Nie tylko ukraińskich Polaków. Spora grupa Ukraińców też chciała się uczyć polskiego języka i słuchać wykładów o polskiej literaturze. Moi wieczorni uczniowie to siedmiu lekarzy, nauczyciele języka polskiego z tutejszych szkół, studenci różnych uczelni, dzieci Polaków, oraz najbardziej wzruszający i wdzięczni uczniowie - bardzo starzy już Polacy, pamiętający jeszcze czasy II wojny światowej. Na przykład Wiktor, 77 lat. Chciał, jak tłumaczył, posłuchać pięknej polskiej mowy. Wciąż wszystkich mam ich w sercu. O kilku tutaj jeszcze napiszę...
|
|
Więcej…
|
|
|
|
|
|
|
Strona 1 z 2 |
|
najszerzej jak to...
Czytając liczne ...
ja to osobiście ...
Bardzo się ciesz...
spieszę donieś...
rozliczanie polit...
Proszę Pana, św...
wie Pan, naprawd...
Z pierwszej ręki...
casus późnego T...