Brama Wjazdowa

U Bramy
Wartownicy
Souvenir

Wiza wjazdowa

Wędrowiec zapomniał hasła?
Wędrowiec zapomniał nazwę?
Wędrowiec chce założyć konto?

Archiwum

Smoleńsk 2010

PayPal

Dziękujemy Państwu za finansowe wsparcie Miasta

Kwota: 

Najnowsze komentarze

Odsłon : 1049846
Dzielnica Pastwisk Niebieskich
Sporty (ćwiczenia) ekstremalne, czyli rekolekcje w milczeniu
Bronisław Bartusiak   

Tematem tego artykułu, może raczej należałoby napisać: „reportażu", są odbywane w zasadzie w całkowitym milczeniu rekolekcje ignacjańskie i kamedulskie. Nasuwa się jednak pytanie: co wspólnego z rekolekcjami mają sporty (ćwiczenia) i to w dodatku ekstremalne?

Otóż związek jest podwójny, a tytuł bynajmniej nie jest - tak do końca - małą prowokacją. Po pierwsze, rekolekcje to rodzaj ćwiczeń, niekoniecznie sportowych. Wskazuje na to chociażby tytuł książeczki św. Ignacego Loyoli, według której odprawia się rekolekcje ignacjańskie: „Ćwiczenia duchowe". Nazwa ta nie jest arbitralna i wpisuje się w długą tradycję rozumienia rekolekcji jako ascezy, czyli ćwiczeń duchowych właśnie. Po wtóre, nie jest chyba przesadą powiedzieć, że rekolekcje (ćwiczenia, asceza) mają w pewnym sensie podobny do tych ćwiczeń fizycznych, charakter. Dlaczego? Sporty ekstremalne wiążą się z większym ryzykiem, trudnościami, wymagają też pewnych dość specyficznych umiejętności. To samo można powiedzieć o rekolekcjach. Zwrócę tylko uwagę na trzy elementy, wymienione wcześniej: ryzyko, trudności oraz specyficzne umiejętności. Wydaje się oczywiste, że na rekolekcjach trudno zwichnąć bark czy złamać nogę, chyba że jakiś wyjątkowy szczęściarz albo marzyciel potknie się i spadnie ze schodów, dość wysokich, na przykład w Centrum Duchowości oo. jezuitów w Częstochowie. Ryzyko polega na czymś innym, co można krótko nazwać „spotkaniem z samym sobą". Regularna modlitwa oraz cisza, cisza i jeszcze raz cisza, jak też oderwanie od tak koniecznych do życia gadżetów jak komputer (oczywiście z dostępem do Internetu), telewizor czy nawet może, o zgrozo, telefon komórkowy, powoduje, że zostajemy nagle sami ze sobą. I wszystko się może zdarzyć... Z ryzykiem wiąże się również trud. Nie jest łatwo wytrwać w takich warunkach, zwłaszcza człowiekowi współczesnemu, przyzwyczajonemu do życia w natłoku informacji, w sytuacji bombardowania bodźcami wszelkiego rodzaju i wiecznego pośpiechu. Dla niektórych dodatkową trudnością może być wstawanie. Zakładając nawet, że rekolektant nie jest typem nocnego marka, czyli człowiekiem, którego trafnie określa powiedzenie „niezależnie od tego, kiedy wstaję, budzę się o 12.00", nie tak łatwo wstać na pierwszą wspólnotową modlitwę w kościele o 4.00 rano (u kamedułów) albo na indywidualną medytację (lub kontemplację) około 7.00 rano (u jezuitów w Częstochowie). Trud wiąże się także z rozkładem dnia. Na rekolekcjach ignacjańskich są to cztery medytacje (kontemplacje) dziennie, każda z nich trwająca 45-60 minut, nie licząc wprowadzeń do modlitwy czy tzw. konsyderacji, czyli rodzaju wykładu.

KaNo2

KaNo

 

U kamedułów z kolei trud wiąże się z pewną monotonią. Wspólnotowe modlitwy, pobyt w jednoosobowych pokojach, w których spożywa się także przynoszone posiłki, mogą wywołać pragnienie zajęcia się czymś innym. Warto może podkreślić, że rekolekcje
u kamedułów polegają w istocie rzeczy na życiu według ich reguły (z pewnymi wyjątkami).

Wreszcie trzeci element - specjalne umiejętności. Obydwa rodzaje rekolekcji zakładają zdolność koncentracji, wejścia w ciszę, przebywania w pewnym odosobnieniu, doświadczenia przedłużonej modlitwy, a przede wszystkim determinacji w wejściu w głąb siebie, oczywiście w obecności Boga i z Jego łaską oraz - u jezuitów - z codzienną, dwudziestominutową rozmową z towarzyszącym rekolektantowi kierownikiem duchowym, co ciekawe - niekoniecznie jezuitą.

Spróbuję teraz jeszcze przynajmniej pokrótce przywołać kilka wspomnień
z Częstochowy i Bielan. Może to być pomocne we wczuciu się w klimat tych miejsc.

 

Częstochowa, lipiec. Okres tuż przed sierpniowym, pielgrzymkowym „szczytem". Idę w stronę klasztoru jasnogórskiego, nie spiesząc się, mijając pielgrzymów czy turystów, po czym skręcam w lewo. Przede mną najpierw olbrzymi parking a potem opadające w dół błonia - jeżeli można nazwać tak coraz bardziej uregulowany teren. Sporo jest rozbitych namiotów, zaparkowanych samochodów. Atmosfera biwakowa, słońce przygrzewa, ale nie pali, a ja kieruję się ku wysokiemu, metalowemu ogrodzeniu, przed którym z boku stoi wielki, przyniesiony kiedyś w czasie pielgrzymki, krzyż. Otwieram bramkę (bramę?) i wchodzę na teren czegoś, co jest na poły laskiem, a na poły parkiem. Schodzę w dół ku wielkiemu gmachowi Centrum Duchowości, spoglądając na klomby i wiodące w bok ścieżki, i docieram powoli do wejścia. Otwieram wielkie drzwi, uśmiecham się do siostry, którą widać zza okienka po lewej stronie, po czym słyszę szczęk otwieranego elektrycznie zamka na kod i wchodzę do środka. Po lewej stronie znajduje się pomieszczenie będące połączeniem sekretariatu, księgarenki i sklepiku z artykułami pierwszej potrzeby. Rejestruję się u siostry, kolejny raz.

 

AndrzejDabrowka

Andrzej Dąbrówka

 

 

Wychodzę, spoglądam w lewo na wielki korytarz z rzędami drzwi do pokojów dla rekolektantów. Odwracam się, widzę kolejne drzwi wiodące do dużej, wspólnej jadalni i po wielkich schodach wędruję na piętro, do swego pokoju. Pokój jest jednoosobowy, mała łazienka, szafa, łóżko, biurko, oczywiście krzyż i jakiś religijny obraz. Po drodze mijam przyjeżdżające na kolejne rekolekcje osoby, ale w tym ogromnym, dwupiętrowym domu nie czuje się ścisku. Rozpakowuję się pobieżnie i idę do dość dużej kaplicy, z piętrem. I tak będzie pełna w czasie rekolekcji. Wrażenia i emocje powracają. Nie tylko dlatego, że jest to miejsce niejako przesiąknięte ludzką modlitwą, ale także dlatego, że to przestrzeń, w której wiele przeżyłem ja sam: rzeczy trudnych, bolesnych czy radosnych, wyzwalających... Zmagań, strapień, doświadczeń tak osobistych, że się o nich nie pisze... Wracam do pokoju, a potem czas jakoś przyspiesza i już z wyboru, w swoim własnym pokoju, rozpoczynam pierwsze rozważanie zapominając o wprowadzeniach, jak gdyby wszystko wskoczyło w stare, dobrze znane koleiny. Nie znaczy to jednak, że droga jest łatwa. Już w wędrówce do centrum rekolekcyjnego towarzyszyło mi irracjonalne pragnienie ucieczki i uczucie zniechęcenia. Paradoksalnie to w sumie dobrze. Najgorzej, jeśli nie dzieje się nic. Rekolekcje nie są miejscem odpoczynku, przynajmniej nie powinny być.

Drugi dzień: poranna medytacja przebiega tradycyjnie, czyli na walce o to, żeby nie usnąć. Potem śniadanie, wprowadzenie do modlitwy i inne punkty dnia. Po południu idę się przejść. Jest ciepło i przyjemnie. Przechodzący rekolektanci milczą, a ja przypominam sobie układ dróżek i szukam nowych efektów pracy brata ogrodnika. Potem siadam przed małym, sztucznym stawem czy też oczkiem wodnym, patrzę na sączącą się po kamykach wodę, obserwuję kolorowe rybki. Jest tu stosunkowo chłodno.

 

Mija dzień po dniu. Na początku powoli, potem coraz szybciej. Trud modlitwy, szukanie Woli Bożej, próby odpowiedzi na działanie łaski... Wszystko to powoduje nasilające się, wręcz fizyczne zmęczenie. Narasta we mnie potrzeba odezwania się przy stole nawet wtedy, kiedy nie ma takiej potrzeby. Pojawiają się myśli o wyjeździe, z przemieszanymi ze sobą uczuciami radości i smutku. A potem jakoś niespodziewanie spoglądam na zegarek, czekając na taksówkę, która dowiezie mnie na dworzec. Myślami jestem już gdzie indziej, chociaż wciąż powracają przeżyte dopiero co doświadczenia, odbyte z kierownikiem duchownym rozmowy, rozważania przed Najświętszym Sakramentem, spowiedź... Czas wracać. Wracam ten sam, ale niezupełnie taki sam. I znów nauczyłem się też czegoś, co przyda mi się w zwykłym życiu.

Migawka druga: klasztor kamedułów na krakowskich Bielanach. Minęło właśnie Boże Narodzenie, a globalne ocieplenie dostrzeże nawet krótkowidz bez okularów. Zima w pełni. Zmęczony i przybity paskudna pogodą jadę popołudniową porą po zimowym Krakowie. Śniegu sporo, ale raczej w postaci brei i to zdaje się w dodatku przymarzającej. Jadę do kamedułów pierwszy raz i zastanawiam się, czy dobrze robię. Coś mi szepce do ucha, że to nie najlepszy pomysł. Że jeśli szukam ciszy i spokoju, mógłbym się wybrać w jakieś inne miejsce, chociaż znaleźć coś takiego w środku sezonu nie byłoby rzeczą „łatwą ani małą". Słyszę też inny szept, który przypomina mi o mojej niedawnej decyzji przyjazdu i niespodziewanej, chociaż krótkotrwałej radości, którą odczułem dzwoniąc w sprawie rezerwacji miejsca w klasztorze. Taksówka wjeżdża pod górę i zaczyna się ślizgać. Kierowca przeprasza i mówi, że tych dosłownie parę metrów lepiej będzie przejść. Płacę, wychodzę, dochodzę do bramy. Chwilę później, przekroczywszy pierwszy otoczony z czterech stron podwórzec, siedzę przy stole z jakimś nieznanym mężczyzną i załatwiam sprawy organizacyjne z uśmiechniętym, rudowłosym kamedułą - bez spodziewanej długiej brody. Potem następny otoczony ze wszystkich stron podwórzec, a potem wychodzimy na kolejny fragment wolnej przestrzeni. Za murem widzę, między innymi, szereg kamedulskich domków. My, tzn. mnich, mężczyzna i ja, skręcamy w prawo, przemierzamy niedługi korytarz i nowoczesną windą (widać, że klasztor lub przynajmniej jego część, jest po remoncie) wyjeżdżamy na kolejny korytarz. Wchodzę do pokoju, skromnego, ale niedawno wyremontowanego lub przygotowanego. Pokój jest malutki. Po prawej stronie wieszak, szafka, po lewej drzwi do łazienki, na wprost biurko, okno, a po lewej stronie obraz Matki Bożej i klęcznik. Czuję się jakoś nieswojo.

 

KaNo1

KaNo

 

 

Następny dzień. Sąsiad, którego prosiłem o obudzenie, stuka. Dzwoni też budzik. Jest chyba 3.20, czyli pora, o której nie raz kładłem się spać. Ubieram się, myję, łapię monastyczny brewiarz, wkładam grubą kurtkę-płaszcz i wlokę się do windy. W pośpiechu, o ile można się tak wlec. Wychodzę na zewnątrz, idąc odśnieżoną już o tej porze (sic!) dróżką, która wiedzie do ogrzewanej kaplicy ze stallami, używanej dla oszczędności zimą. Kameduli, mnisi w białych habitach, również z brodami, o ile jestem cokolwiek w stanie zauważyć, zajmują spokojnie swoje miejsca. Są też miejsca dla gości, w głębi naprzeciw ołtarza. (Obok mnie jeszcze trzy osoby). Podzieleni na dwie grupy mnisi rozpoczynają pierwszą tego dnia modlitwę. A potem... Jem w swoim pokoju posiłki przynoszone przez uśmiechniętego mnicha, próbuję opanować zawiłości używanego przez cystersów brewiarza, korzystając z przywileju bycia gościem i braku potrzeby pracy fizycznej odsypiam wczesne wstawanie, czytam... Przede wszystkim jednak poddaję się obowiązującemu tu sposobowi życia, uczestniczę najlepiej jak umiem we wspólnych modlitwach, wczytuję się w zakonną regułę i życiorys ojca Rostworowskiego, a przede wszystkim, jakby na przedłużeniu tego wszystkiego, pozwalam się ogarnąć chaosowi uczuć i emocji. I trwam jakoś, mimo oschłości i „nocy" na swego rodzaju nieustającej modlitwie. Nie czekając na nic, ale też bez poczucia beznadziei. Z jakąś głęboką świadomością, że jestem teraz w odpowiednim miejscu. Czas mija szybko, mimo całej monotonii i trudu związanego między innymi z byciem tutaj mimo wszystko. Co więcej, dzięki uprzejmości o. Przeora, z którym odbyłem na swoją prośbę krótką rozmowę, mogę zostać na Bielanach sześć, a nie trzy dni.

 

Wracam do domu taksówką. I znów paskudna zima. Zaczął się już Nowy Rok. Mam nadzieję, że niedługo znów przyjadę do klasztoru kamedułów. Może w Bielanach, może w Bieniszewie. Pokaże to czas.

I tyle może nieskładnej opowieści o pewnych ćwiczeniach „ekstremalnych". Słowa i tak nie docierają chyba do sedna... Może jednak mają siłę wywołać pewien oddźwięk...



Pojęcie asceza pochodzi ze starożytnej greki i oznacza właśnie ćwiczenie jak również uprawianie, praktykowanie, a także tryb życia. Ćwiczenia (asceza) mogą mieć charakter fizyczny i być uprawiane dla uzyskania sprawności fizycznej. Mogą również mieć charakter etyczny i służyć nabywaniu mądrości i cnoty. Ćwiczenia (asceza) mogą mieć wreszcie charakter religijny i służyć oczyszczeniu człowieka oraz zjednoczeniu z bóstwem.