Brama Wjazdowa

U Bramy
Wartownicy
Souvenir

Wiza wjazdowa

Wędrowiec zapomniał hasła?
Wędrowiec zapomniał nazwę?
Wędrowiec chce założyć konto?

Archiwum

Smoleńsk 2010

PayPal

Dziękujemy Państwu za finansowe wsparcie Miasta

Kwota: 

Najnowsze komentarze

Odsłon : 1052302
Dzielnica Publicystów
Aktualność antykomunizmu Reagana
Free Your Mind   

[refleksje wokół myśli politycznej Ronalda Reagana]

 

Walczycie o życie. I walczycie z najlepiej zorganizowanym i najzdolniejszym wrogiem wolności, prawa i przyzwoitości, jaki kiedykolwiek zrodził się na tym świecie

Ronald Reagan, czerwiec 1957, przemówienie w Eureka College

 

Bóg ma plan co do mojego życia, a ja chcę go odkryć

(wypowiedź Reagana skierowana do pastora L. Evansa w Niedzielę Wielkanocną w 1981 r., po powrocie ze szpitala po zamachu)

Apeluję, byście sprzeciwili się tym, którzy chcieliby umieścić Stany Zjednoczone na pozycji militarnej i moralnej niższości... Apeluję, byście strzegli się... pokusy deklarowania, że jesteście moralnie wyżsi ponad to wszystko, i uznania, że obie strony na równi ponoszą winę; ignorowania faktów historycznych i agresywnych działań imperium zła; nazywania wyścigu zbrojeń po prostu wielkim nieporozumieniem, a tym samym usunięcia się poza linię walki między tym, co słuszne, i tym, co niesłuszne; między dobrem a złem.

(…) Módlmy się za zbawienie wszystkich tych, którzy żyją w totalitarnej ciemności – módlmy się, by odkryli radość płynącą z poznania Boga

(przemówienie Reagana z 8 marca 1983 r. na spotkaniu Krajowego Stowarzyszenia Ewangelikalnego)

W Polsce nadal płonie ogień wolności. Dzięki oddaniu i ofiarności setek tysięcy polskich mężczyzn i kobiet płomień ten nie gaśnie nawet w mroku

(przemówienie Reagana z 19 lutego 1987 r.)

image001

I. Powrót do przeszłości

Niby świat pędzi do przodu, ale ani się obejrzeliśmy, a wróciliśmy do czasów „odprężenia” i „rozbrojenia”, w czym, swój wydatny udział ma znowu nasz postępowy kraj, tym razem jako neopeerel, a nie „Polska Ludowa”, ustami Radka Sikorskiego (jak też R. Kuźniara) postulujący wycofanie broni nuklearnej z Zachodniej Europy, a szczególnie z Niemiec (a ponadto... włączenie Rosji do NATO w celach stabilizacyjnych, jeśli chodzi o „regiony zapalne” na świecie). Gdybyśmy mieli normalny, propolski rząd, to na wieść, że Niemcy (ustami wicekanclerza i szefa dyplomacji oraz przedstawicieli Bundestagu) postulują pozbycie się ze swojego terytorium „reliktów zimnej wojny”, czyli głowic jądrowych,  zaproponowałby on przejęcie tychże głowic i zainstalowanie ich na terenie Polski, co zmieniłoby militarny i geopolityczny status naszego kraju niemalże natychmiast. Taką sugestię, nawiasem mówiąc, wyraził M. Anton na łamach „Wall Street Journal”, o czym wspomniał kiedyś „Wprost”.

Oczywiście Niemcy wcale nie mają zamiaru się rozbrajać, chcą tylko się pozbyć amerykańskiego balastu i z czasem (rekonstruując swoje imperium, w czym pomocna okazuje się idea unijnego superpaństwa), co jest więcej niż pewne, rozbudować Bundeswehrę, której, jak pamiętają co poniektórzy, narzucono pewne limity dotyczące liczebności wojska w ramach międzynarodowych rokowań dotyczących zjednoczenia Niemiec, rokowań, w których Polska mogła jedynie kiwać palcem w bucie. Rokowania te jednak były tak dawno, że wnet się okaże, iż nie tylko nikt ich sobie nie przypomina, ale też nawet gdyby sobie przypomniał, to wyłącznie po to, by stwierdzić, jak bardzo pewne ustalenia końcowe są nieaktualne. Z perspektywy czasu zresztą, widać, jak przenikliwa była myśl M. Thatcher; premier Wielkiej Brytanii wszak nie zgadzała się na pospieszne jednoczenie Niemiec, widząc w tym czynnik destabilizujący przyszłą Europę. Dziś, gdy Niemcy dosłownie rządzą całym kontynentem (a już naszym krajem bez wielkiego wysiłku), możemy jedynie żałować, iż Pan Bóg pokarał nas za niewywieszanie czerwonych, masą polityków, którzy nie tylko nie wiedzą, czym jest interes narodowy, ale nawet się z tym specjalnie nie kryją, napychając sobie kieszenie i brylując w mediach dla zabawy.

Wiadome było, że w sytuacji, w której Niemcy zostaną zjednoczone, a nie nałoży się na nich żadnych (długoletnich) materialnych i politycznych zobowiązań wobec krajów zniszczonych przez III Rzeszę, wrócą do polityki mocarstwowej, która stanowi nieodłączny element niemieckiej kultury. Oczywiście nie należy winić Niemców za to, że chcą poszerzać Lebensraum – mają to jakoś od wieków we krwi – naszym, polskim problemem jest jednak to, że niemal bez przerwy u władzy mamy stado baranów zupełnie niezdolnych do bronienia polskiej racji stanu. Nie można oczekiwać od Niemców, że będą bronić polskich interesów, lecz od naszych polityków wypadałoby czegoś takiego oczekiwać. Tymczasem coraz wyraźniej widać, że demontaż struktur państwa jest jakąś ideą fix tychże polityków. Czy robią to głównie ze swej głupoty, czy za pieniądze obcych państw, nie ma już najmniejszego znaczenia, Polska tak czy tak staje się państwem trzeciego świata, infrastrukturalnie i ekonomicznie słabym, politycznie zmarginalizowanym, a militarnie po prostu śmiesznym.

Więcej…
 
Psychologia dwóch narodów
Rolex   

1. Dwa narody. Próba definicji.

2. Dwie historie; nowy naród o krótkiej pamięci.

3. Drogi awansu.

4. Postpeerelak.

5. Europeerelak.

6. Silni naszymi słabościami.

7. Symbiont czy pasożyt?

Dwa narody. Próba definicji.

Moi czytelnicy i przyjaciele zapewne zetknęli się z tezą, którą od jakiegoś czasu głoszę, a której katalizatorem stała się dyskusja na Salonie24. Grom nie spadł z nieba, a zanim odważyłem się postawić tezę, miałem przeczucie jej trafności. Jeśli wcześniej nie stawiałem jej wprost, to z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że do tamtego momentu formułując taką tezę „wyrzucałbym" niejako na margines życia narodowego pewną grupę ludzi posiadających ten sam paszport - byłoby to niechrześcijańskie (tak wtedy myślałem), po drugie: traktowałem tych „innych" jako członków tego samego narodu dotkniętych jedynie zapaścią semantyczną, a więc potrzebujących raczej pomocy i wiedzy potrzebnej do właściwej semantyki odbudowania, niż wykluczenia.

Tekst, który stał się katalizatorem mojego nowego myślenia o polskiej polityce, przyspieszył niejako proces dojrzewania do postawienia tezy o dwóch narodach, bo był tekstem spójnym. Po raz pierwszy ktoś z drugiej strony w prostych, jasnych i uczciwych słowach wyjaśnił mi, kim jest, kim jestem dla niego ja i dlaczego uważa, że nie ma pomiędzy nami szansy na porozumienie.

To ten „drugi naród", mówiący dialektem mojego języka (choć na poziomie uniwersyteckim różnic mniej, przynajmniej w zakresie formalnego użycia polszczyzny), wymusił na mnie tezę i - muszę powiedzieć - dobrze się stało.

Tuż po tym, gdy ogłosiłem swój tekst na Salonie24, jedna z blogerek - pani Elig, uznała za stosowne sklasyfikować zarówno mój tekst, jak i tekst, na który mój był repliką, jako przykład pewnego rodzaju propagandy, kojarzący się zapewne (moja interpretacja) z dwiema stronami politycznego sporu, który w Polsce się toczy. Rzecz w tym, że moje odkrycie nie miało i nie ma barw partyjnych, nie ma nic, ale to zupełnie nic wspólnego z politycznymi poglądami, opiniami, ideologiami czy pomysłami na modernizację Rzeczypospolitej.

Spójrzmy jeszcze raz chłodnym okiem na zjawisko, którego dotykamy. Wraz z II wojną światową dokonało się na narodzie polskim ludobójstwo w pełnym znaczeniu tego słowa, ludobójstwo porównywalne tak z punktu widzenia ilości ofiar, jak i znaczenia tych ofiar dla dalszego trwania, tylko z ludobójstwem narodu ukraińskiego i - w mniejszym stopniu, żydowskiego.

Narodu żydowskiego w mniejszym stopniu, bo - pomimo zbliżonej ilości ofiar - żydowska elita skupiona wokół ideologii i organizacji syjonistycznych przetrwała i była w stanie w ciągu zaledwie kilku lat zbudować państwo. Państwo, które już wkrótce miało stoczyć kilka zakończonych sukcesem wojen z sąsiadami, a zanim to się stało, zmusić Brytyjczyków do opuszczenia Palestyny.

Co więcej, wokół tego państwa, narodzonego wokół jednej politycznej opcji w narodzie żydowskim, udało się syjonistom uzyskać porozumienie (manifestowane w najgorszym wypadku przyzwoleniem) wszystkich żyjących w diasporze Żydów, którzy potrafili skutecznie pozyskiwać dla nowo powstałego państwa najbardziej korzystne sojusze i to wśród światowych mocarstw. Początkowo udało się pozyskać przychylność Związku Sowieckiego, potem, kiedy o wiele korzystniejszy stał się sojusz izraelsko-amerykański, drugiego z „wielkich".

Tomasz6

Tomasz

Polska straciła nie tylko państwowość. Polska straciła elity, co jest tak często powtarzane, aż stało się truizmem. Polskie elity intelektualne, ale przede wszystkim - charakterologiczne, zostały skazane na wytępienie, a ich niedobitki na nieistnienie w świadomości społecznej. Jedyną drogą przetrwania była kolaboracja, ale ta z samej swojej istoty wyklucza z elit narodowych, chyba że ktoś podjąłby się karkołomnego zadania włączenia Quislinga w poczet wielkich, zasłużonych Norwegów, albo Bieruta w rząd wielkich, tuż za Dmowskim i Piłsudskim. Miejsce Bieruta, Minca i Bermana tak w Polsce Piłsudskiego, jak i Witosa, Dmowskiego czy Daszyńskiego było na marginesie społeczeństwa; wszyscy oni byli, niezależnie od wyznawanej ideologii bądź jej braku, pospolitymi kryminalistami. Do rządzenia czterdziestomilionowym (już wkrótce) narodem w sercu Europy nie predestynowało ich nic. Ani zaplecze społeczne, ani przymioty osobiste, ani intelekt.

Więcej…
 
Fałszywe imię róży (cz. 2)
unukalhai   

Polowania na czarownice - dokończenie

W pierwszej części tekstu, który był zamieszczony w poprzedniej odsłonie POLIS, naszkicowałem zakres pojęciowy, dotyczący określeń odnoszących się do czarów, czarostwa i czarownic, rozmiar i okresy występowania zjawiska znanego jako polowania na czarownice, a także cechy zróżnicowań regionalnych tych zjawisk na głównym europejskim obszarze ich występowania. W obecnej części dokończę omówienie tych zjawisk na obszarze peryferyjnym, czyli Skandynawii i Europy Środkowo-Wschodniej, włącznie z terenem ówczesnej Rosji, następnie odniosę się do podstawowych uwarunkowań społecznych i ideowych, będących generatorem polowań, podobieństw i różnic w przyczynach i procedurach tych zjawisk, powodów które zdecydowały o ich wygaśnięciu, a na zakończenie dodam trochę informacji o zjawisku polowania na czarownice we współczesnym świecie.

Warto po raz kolejny przypomnieć, iż usytuowanie czasowe natężenia polowań na czarownice odnosi się do wieków XVI i XVII, czyli do okresu wczesnonowożytnego dziejów europejskich, nie dotyczy ono natomiast epoki określanej jako średniowiecze.

Skandynawia

Obszar Skandynawii zamieszkiwała w I połowie XVII stulecia ludność w liczbie ok. 2,0 -2,2 miliona mieszkańców. Stanowiło to ok. 40,0% ludności Wielkiej Brytanii. W dwóch ówczesnych królestwach skandynawskich, tj. Danii z Norwegią oraz Szwecji z Finlandią łączna liczba procesów czarownic wyniosła ok. 5.000, z czego poniżej 2.000 (1.700 - 2.000) zakończyło się wydaniem wyroków śmierci. Nie wszystkie wyroki zostały wykonane, ale nie jest znany odsetek egzekucji niewykonanych wskutek wniesionych apelacji. Są to wielkości porównywalne z szacunkami dotyczącymi Wielkiej Brytanii, ale odnoszące się do 2,5-krotnie mniej licznej populacji.

Na rozległym terenie Skandynawii występowało zróżnicowanie przebiegu polowań na czarownice w poszczególnych rejonach. W omawianym okresie terytorium Danii zamieszkiwało niespełna 600 tysięcy mieszkańców, zaś terytorium Norwegii około 400 tysięcy. Polowania na czarownice rozpoczął w Danii w połowie lat 40. XVI wieku biskup kościoła luterańskiego Peter Palladius, kierując ich ostrze przeciwko katolikom. Wyznawanie katolicyzmu lub choćby wykazywanie skłonności do niego traktowane było jako przestępstwo herezji. W 1544 roku rozpoczęte na dużą skalę polowanie zakończyło się śmiercią 52 osób. Niekontrolowanemu rozwojowi polowań zapobiegło wprowadzenie już w 1547 roku prawa, na mocy którego nie można było wykorzystywać zeznań osób wcześniej skazanych na utratę praw obywatelskich i pozbawienie czci, a także stosowania tortur przed wydaniem wyroku skazującego na śmierć. Ponadto od 1576 r. wszystkie wyroki śmierci musiały być obowiązkowo przekazywane do zatwierdzenia przez Sąd Krajowy w procedurze apelacyjnej. Niemniej, szacunki dotyczące Danii (południowego królestwa) oscylują wokół liczby 2.000 procesów i ok. 1.000 egzekucji (ok. 50,0%). Wpływ krajów obszaru niemieckiego na intensywność polowań w Danii jest widoczny, gdyż podobną liczbę procesów i egzekucji przypisuje się Szkocji, która miała dwa razy bardziej liczną ludność, niż Dania.

Z kolei w Norwegii wytoczono ok. 1.400 procesów, co w porównaniu do liczby ludności odpowiadało sytuacji w Danii, natomiast odsetek wyroków skazujących na śmierć był o połowę niższy i wynosił ok. 25,0%. Do Norwegii ideologia spisku szatańskiego dotarła stosunkowo późno, bo pod koniec XVI stulecia, i nie zdominowała oskarżeń w procesach czarownic. Większość oskarżeń (ok. 90,0%) dotyczyła praktyk magicznych (maleficium), takich jak np. wywoływanie burzy na morzu, co stanowiło obowiązkowy i stosunkowo częsty motyw oskarżeń wśród społeczeństw krajów nadmorskich.

Pewien charakterystyczny sposób generowania oskarżeń o uprawianie czarów można przedstawić, przywołując jako przykład najbardziej głośny przypadek oskarżenia i stracenia w 1590 r. w Bergen w Norwegii Anne Pedersdotter Absalon. Sprawa ta stała się tematem dramatu norweskiego dramaturga Hansa Wiers-Jenssena pt.: „Anne Pedersdotter", a wystawiono ją po raz pierwszy w 1908 roku na scenie teatru właśnie w Bergen. Posłużyła następnie za scenariusz filmu pt.: „Vredens dag" („Day of Wrath") zrealizowanego w 1943 roku przez duńskiego reżysera Carla Theodora Dreyera, a także jako libretto do dwóch oper oraz licznych „performance", w tym także w manierze komediowej, w czasach bardziej współczesnych.

Obraz przedstawiony w sztuce, filmie i operach ma nastawienie antyreligijne, z tego powodu w wyniku założenia fabularnego proces sądowy bohaterki odbywa się przed luterańskim sądem kościelnym, gdy w rzeczywistości odbył się przed trybunałem cywilnym (świeckim). Anne Pedersdotter była żoną pastora luterańskiego wybitnego uczonego humanisty Absalona Pederssona Beyera. W norweskim (i duńskim) Kościele poreformacyjnym wybuchł konflikt, dotyczący zniszczenia symboli używanych w Kościele przedreformacyjnym, w tym obrazów. Pastor Absalon Beyer dążył do ich zniszczenia, opozycja z kolei oskarżała żony pastorów popierających ruch niszczenia obrazów, gdyż samych pastorów, ze względu na ich wysoką pozycję w hierarchii społecznej, nie odważyła się atakować. Celem ataków, niejako w zastępstwie, stały się żony tych duchownych.

Więcej…
 
Georolexiada
Rolex   

I. GOOD AND BAD GUYS? KONIEC PARADYGMATU.

 

Pod moim ostatnim tekstem dotyczącym geopolityki rozgorzała dyskusja, w której swoje cenne uwagi zgłaszali Jaszczur i Kaśka Pyzol. Bardzo im za to dziękuję i mam nadzieję, że nie mają mi za złe, że odpowiadam nie na bieżąco, ale pełnym tekstem w kolejnej odsłonie, co zgadza się z formułą POLIS jako pisma, w którym dyskutujemy rzetelnie, a niekoniecznie szybko. J

Zanim przejdę do rozwinięcia osobistych poglądów geopolitycznych, pora na jedno zastrzeżenie. Otóż, w rozważaniach geopolitycznych nie ma miejsca na osobiste sympatie i antypatie. Sympatie (a więc polityka uczuciowo-historyczna) jest przydatna w geopolityce, ale w jej propagandowej części i – jako taka jest jedną ze stosowanych w geopolityce broni, a jeśli tak jest, to jest przedmiotem badania, nie narzędziem.

Poglądy geopolityczne to składowa ukształtowanych poglądów politycznych każdego. Kształtowanie poglądów geopolitycznych podlega tym samym prawom, co kształtowanie się poglądów politycznych, jedynie skala jest większa i wymaga przyswojenia sobie większej ilości wiedzy o świecie. Formułowania i eksponowania własnych poglądów geopolitycznych nie należy się jednak bać. „Wielcy” przywódcy tego świata dają rok w rok dowody takiej ignorancji, że jest mało prawdopodobne, byśmy byli narażeni na większe błędy, co więcej – nasze nie będą miały tak dalekosiężnych, negatywnych konsekwencji.

Świat dzięki technologiom skurczył się, a to, co jeszcze lata temu wydawało się zupełnie nieprawdopodobne – stwarzanie realnych zagrożeń militarnych na odległość za sprawą broni nowych generacji – stało się możliwe. Technologia dodaje rozważaniom o geopolityce nowego wymiaru, nie przekreśla jednak dorobku myśli geopolitycznej dawnych czasów w takim zakresie, w jakim nie zmienia się człowiek i jego natura.

„Mobilność zagrożeń” ma, moim zdaniem, większe znaczenie w przypadku integrowania się systemów ekonomicznych, niż prostego rozważania zasięgu rakiet z ładunkami nuklearnymi.

Pola1

Pola

 

 Wojna nuklearna jest wojną o nieznanych konsekwencjach; skala zniszczeń, ilość ofiar, skutki dewastacji wielkich obszarów globu, a co szczególnie ważne – objęcie szczególnym rażeniem najbardziej rozwiniętych części świata, zmieniłoby drastycznie jego obraz, w pierwszym rzędzie eliminując dotychczasowych „wielkich graczy”.

Dlatego uważam, że totalna wojna z użyciem broni niekonwencjonalnych jest wykluczona, choć nie można wykluczyć lokalnej wojny z użyciem takich broni. Jednakże nawet i w tym ostatnim wypadku ewentualna wymiana ciosów (np. Indie-Pakistan) wyeliminowałaby obydwie strony konfliktu z jakiegokolwiek przyszłego wpływu na geopolitykę (obok ew. zniszczeń biorę tutaj również pod uwagę międzynarodowe reperkusje podjęcia decyzji o wojnie jądrowej). Ludzkość dzieli tutaj ze światem zwierzęcym popęd do zachowania gatunku.

Broń jądrowa i jej posiadanie ma w dzisiejszym świecie jeden skutek: minimalizuje zagrożenia inwazją kraju, który tę broń posiada. Łupem rozgrywek geopolitycznych w ostatnich dwudziestu latach padają kraje nieposiadające tego straszaka. Stopień stopnia przestrzegania przez nie praw człowieka nie gra, oczywiście, żadnej roli. W dalszej części tekstu postaram się to uzasadnić.

Na arenie europejskiej obiektem zmasowanego ataku stała się Jugosławia, później Serbia. Rozpad pierwszego państwa, inwazja na drugie, były prostą konsekwencją osłabienia się Rosji i „rozpychania się” zjednoczonych Niemiec kosztem Rosji; w realizację swoich interesów Niemcy zaangażowały NATO (wielki błąd polityki amerykańskiej), ale było to ostatnie instrumentalne potraktowanie tego sojuszu, który dzisiaj nie ma większego znaczenia militarnego, szczególnie w kolejnej fazie relacji Rosja-Niemcy, a więc w fazie partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które rozwinęło się po ustaleniu zasięgu stref wpływów.

Jak już wspomniałem, posiadanie broni jądrowej skutecznie zapobiega inwazji, jej posiadanie jednak nie gwarantuje powodzenia inwazji własnej, skoro arsenału nuklearnego „nie można użyć”. Przekonali się o tym Amerykanie, których, obok oczywistej niemożności użycia broni masowego rażenia, ograniczają w pewnym stopniu normy i konwencje międzynarodowe.

Jak wygrać wojnę z gotowym na prowadzenie wojny partyzanckiej przeciwnikiem, pokazała Rosja I Izrael. Jedynym sposobem jest odświeżenie metod stosowanych w okupowanych krajach podczas II wojny światowej, a więc: terroru, przesiedleń, obozów filtracyjnych, odpowiedzialności zbiorowej, szeroko stosowanych samosądów, skrytobójstw przywódców oporu, niszczenia infrastruktury, izolowania ekonomicznego, słowem: totalnego zniszczenia środkami konwencjonalnymi, przypominającymi intensywnością i efektem atak nuklearny. Nawet i takie drastyczne metody są jednak skuteczne jedynie na ograniczonym obszarze i wobec ograniczonych liczebnie populacji.

Inną metodą zawładnięcia militarnie opanowanym obszarem, a więc po zakończeniu tradycyjnych działań wojennych i przejścia wojny z fazy konwencjonalnej w fazę partyzancko-policyjną, jest próba naśladowania dziewiętnastowiecznej polityki kolonialnej. Jak widać, ta metoda nie przynosi jednak spodziewanych efektów.

Dlaczego? Powód jest prosty. Obok przewagi technologicznej, decydujące znaczenie w podbojach kolonialnych odgrywała olbrzymia przewaga cywilizacyjna. Cywilizacja to nie tylko przewaga technologii, ale w dużej mierze to coś o wiele, wiele od technologii ważniejszego i potężniejszego. Cywilizacja to przede wszystkim „duch”, aksjologia i wynikające z niej metody organizowania społeczeństw. Dziewiętnastowieczne armie imperialne po zademonstrowaniu przewagi militarnej, przedstawiały w zakresie sposobu urządzania administracji, sądownictwa, transportu, medycyny, olbrzymią przewagę cywilizacyjną właśnie i dzięki temu osłabiały opór, pozyskując masy.

Nie znam wielu przypadków masowego zachwytu przyniesioną do Iraku cywilizacją Zachodu (w formie, w jakiej ta cywilizacja jest dzisiaj), znane mi są przykłady „zachodnich” mudżahedinów, konwertytów na islam.

W sensie cywilizacyjnym, rozumianym jako poszerzanie się zakresu bezpieczeństwa i stabilizacji na skutek wojny, tak społeczność plemienna Afganistanu stoczyła się cywilizacyjnie w porównaniu do czasów reżimu Talibów; większa jeszcze przepaść dzieli Irak pod administracją amerykańską w porównaniu do administracji partii BAAS. To są fakty łatwe do udowodnienia statystycznie, np. średnią długością życia, stopniem i stanem przestępczości pospolitej, stanem opieki zdrowotnej, oświaty, szkolnictwa wyższego.

Na zarzut, że szkoła koraniczna kształci gorzej od szkoły zorganizowanej przez obecne władze administracyjne Iraku czy Afganistanu, odpowiem, że szkoła koraniczna kształci lepiej i lepiej przygotowuje do życia w tych społecznościach, niż całkowity brak szkół na większości podbitych obszarów, na których szkoły państwowe są równie rachityczne jak administracja państwa, zapewniając kształcenie wąskiej elicie kasty kolaborującej.

 

Pola2

Pola

 

Świat Zachodu nie ma podbitym ludom nic do zaoferowania. Konsumpcja takim atutem być nie może z tego prostego powodu, że nie musi ona mieć większego związku z resztą tego, co składa się na współczesną cywilizację Zachodu, a ponadto wiemy, że w Arabii Saudyjskiej, Katarze, Emiratach, połączono udanie konsumpcję z surowa dyscypliną religijną, a to dzięki kontroli nad surowcami, a nie dzięki ich „lepszemu” kontrolowaniu przez okupanta.

Tu jeszcze jedna uwaga, która może mieć znaczenie w dyskusji nad niepowodzeniem prowadzonej na wzór dziewiętnastowieczny polityki kolonialnej. W porównaniu do czasów kolonialnych, technologie się upowszechniły. Brytyjczycy mogli wydobywać boksyty, rudy czy diamenty, a kolonizowane społeczeństwa na tym korzystały dlatego, że same nie umiały wydobywać boksytów, rud żelaza i diamentów i korzystać na handlu nimi. Nawet i ułamek zysku z wydobycia czy handlu był więc ekonomiczną wartością dodaną i trudno tu mówić o wyzysku.

Dzisiejsi mieszkańcy Iraku i Afganistanu potrafią wydobywać surowce naturalne, tak jak potrafią sadzić, hodować i sprzedawać konopie; administracja, okupacja pochłaniają część zysków umniejszając dochód, zamiast go przysparzać. Matematyka wyższa nie jest istotnym składnikiem wielu współczesnych kultur, ale wywodzenie z tego wniosku, że nieistnienie zainteresowania macierzami prowadzi do zaniku umiejętności rachowania jest grubym nieporozumieniem.

Jeśli hiszpański konkwistador uzasadniał w jakiś spsosób obładowanie swoich konkwistadorskich osiołków złotem, to choćby robił to nieszczerze, potrafił wzbudzić podziw i zainteresowanie. Otóż on, być może zupełnie nieszczerze i wbrew osobistym przekonaniom, niósł różnym obwieszającym się marynowanymi ludzkimi główkami ludom, powalającą swoją niedorzecznością tezę, że stosunki społeczne mają być oparte nie na „zemście” ale na „miłosierdziu” i „przebaczeniu”. I choćby nawet on w praktyce, pośród ludów „Nowego Świata” realizował ten społeczny ideał w jednym procencie, to i tak był to cywilizacyjny skok w stosunku do cywilizacji, dla której „zemsta” była nie normą, ale NAJWYŻSZYM ZNANYM SPOŁECZNYM IDEAŁEM MOŻLIWYM DO ZREALIZOWANIA W PRAKTYCE; pośród większości ludów nieznanym, bo stosunki społeczne opierały one zazwyczaj na prostej przemocy, a nie sprawiedliwości, której „zemsta” jest jednym z atrybutów.

 

Pola7

Pola

Hiszpański awanturnik i zdobywca likwidował bez wielkiego oporu napotkane struktury społeczne, bo był niczym dobra nowina, był żyjącym dowodem na istnienie świata, który wielcy, a dzisiaj zapomniani poeci tamtych światów być może widzieli w swoich odurzonych meskaliną snach; świata, gdzie człowiek ma szansę dożyć swojej naturalnej śmierci i jest to postulat, który można wysuwać bez obawy, że zostanie się obśmianym przez lokalne zgromadzenie kapłanów.

Poczucie godności każdej osoby ludzkiej, niezbywalności tej godności i WOLNOŚCI, popartej niedorzecznym postulatem RÓWNOŚCI W OCZACH BOGA, zostało niektórym mieszkańcom zaszczepione tak głęboko, że kilka wieków później paragwajscy Indianie zdecydowali się uznać swoją sprawę za przegraną w wojnie z Argentyną, Brazylią i Urugwajem dopiero wtedy, kiedy ich męska populacja w tej wojnie skurczyła się z ok. 260.000 do niespełna 28.000 (sic!).

Co – jako alternatywę cywilizacyjną oferuje ludom Iraku i Afganistanu obity w blachę od stóp po głowę marine? Prawdę, że czekanie Penelop zwietrzało wraz z postępem, zamieniając się niczym w „Alicji w Krainie Czarów” w podobną do talii kart kolekcję listów, zaczynających się słynnym nagłówkiem „Dear Johnny...”?

 

 

Pola3

Pola

 

W świecie afgańskiego macho (a pozycja macho wynika nie tyle z kultury, ile z wysokich wymagań środowiska, w którym przyszło żyć) amerykański marine jest pożałowania godną kreaturą, a jego pozycji nie może poprawić nawet fakt, że potrafi rozstrzelać trzy afgańskie wesela w tygodniu z pułapu kilkuset metrów.

Wojna iracka rozpoczęła się jako wojna obronna. Tak, wojna obronna. Desant miał zwyczajnie uniemożliwić zasypanie świata pociskami nuklearnymi, co groziło nieobliczalnymi konsekwencjami. Tak przynajmniej wojnę uzasadniano w mediach. Kiedy okazało się, że pociski nuklearne istnieją jedynie w głowach kilku agencji wywiadu, podniesiono argument sprawiedliwości w postaci kary wymierzonej przez wolny świat reżimowi, który zwalczał przy pomocy broni chemicznej kurdyjską rebelię. I za tę zbrodnię został najechany przez wojska kraju, które zwalczały cesarską Japonię, zmazując z mapy dwa przepełnione cywilami miasta: Hiroszimę i Nagasaki, tę ostatnią „skazaną” za nadzwyczaj wysoki odsetek chrześcijan.

Jaszczur pisał o zmierzchu imperium americanum, ja dorzucę jeszcze swoje trzy grosze tytułem podsumowania. Imperium americanum, spadkobierca ostatniego imperium europejskiego (anglosaskiego) nie potrafi już wskazać żadnego powodu, dla którego prowadzona przez nie wojna ma choćby cień etycznego uzasadnienia, a podbitym obszarom przynosi cywilizację stojącą na znacznie wyższym poziomie. Jedynym uzasadnieniem mogłaby być wyższość gospodarcza i technologiczna (czyli: siła).

Wielki kryzys, którego kolejnych faz oczekujemy z niepokojem, reformy Obamy, skutecznie niwelują gospodarczą przewagę Ameryki, Europa już dawno na skutek chorych rozwiązań gospodarczych ucieka w kierunku ogona, dodając do powszechnego marnotrawstwa i życia na kredyt problemy religijno-rasowe, o czym w dalszej części tekstu. Zostaje więc siła. Jaka to jednak siła, skoro imperium nie potrafi, po ośmiu latach wojny, zapewnić bezpieczeństwa nawet własnym żołnierzom, nawet w pilnie strzeżonych i odgrodzonych zasiekami dzielnicach administracyjno-rządowych?

Nieskuteczność, nieumiejętność OKUPOWANIA i KOLONIZOWANIA, a więc, można rzec, technicznych sprawności cywilizacyjnych, na które składają się wypracowane przez wieki metody z ich najwyższymi osiągnięciami w postaci Imperium Romanum i Imperium Brytyjskiego, jest jednak wtórna wobec problemu zasygnalizowanego w tytule niniejszego rozdziału, a więc utraty (na własne życzenie) możliwości wyraźnego podziału świata na „złych” i „dobrych” chłopaków.

Odrzucenie chrześcijańskiego paradygmatu musiało spowodować rozdział etyki i siły i prowadziłoby to być może do powrotu „wojennego politeizmu” czasów pogańskich, „wojny miejskich bogów”, czego przedsmak mieliśmy w czasie starcia „Gott mitt uns” z trójcą Marks-Engels-Lenin, gdyby racjonalność podboju i oporu nie została uzupełniona o całkowicie niespójną pseudo-religię „praw człowieka”, w imię której bombardujemy wesela z taką samą dawką okrucieństwa jak Luftwaffe, przy całkowitym braku sensu. Jakiegokolwiek.

 

II. LIBERALIZM WŚCIEKŁY. NIE MOJA WOJNA.

 

Liberalizm wściekły narodził się wraz z książką Oriany Fallaci „Wściekłość i duma” (a właściwie artykułem w „Corriere della Sera”, który później rozdął się do rozmiarów książki). Okazało się, że niechętny wszelkim wojnom i konfliktom ruch polityczny, protestujący przed każdą militarną bazą, która mogłaby (chociażby teoretycznie) stać się źródłem zagrożenia dla któregokolwiek z mniejszych bądź większych czerwonych kacyków, nagle poczuł zew krwi. Dostrzegł, po dziesięcioleciach nachalnej promocji „wielokulturowości” i po faktycznym jej w pewnym zakresie spowodowaniu, w postaci „importu” – jak planowano, przyszłych, wiernych milionów śniadolicych wyborców, co miało na dziesięciolecia zapewnić przewagę nad „reakcją”, mechaniczne mieszanie w kulturowych tyglach tworzy wybuchowe mieszanki.

Znana dziennikarka nie dostrzegła jednego. Tego, że jeśli ktoś był najbardziej zasłużonym akuszerem nowego, islamskiego zagrożenia, to ona jest tego zasłużonego środowiska wybitną ikoną. „Nowy liberalizm”, czyli mieszanka orwellowskiego socu z paranauką, podlana sosem naiwnych i niedouczonych libertynów, miała od zawsze jednego, naturalnego wroga: rzeczywistość. Z rzeczywistością, z „realem” wygrać się nie da. Doświadczyli tego równie naiwni millenaryści wieków średnich, rewolucjoniści i komunardzi Oświecenia i Romantyzmu, którzy po każdym zrywie osuszali brodzące we krwi po kostki oddziały, zmęczone instalowaniem jeszcze bardziej represyjnego i autokratycznego reżimu niż ten, który z pieśnią na ustach obalali.

Rewolucyjną, faktyczną odpowiedzią na ekscesy krępowanego mnóstwem średniowiecznych obyczajów Ludwika XVI był nieskrępowany niczym, oprócz własnej wielkości, cesarz Bonaparte; inkwizycyjny proces z nieznanym wcześniej procedurze karnej obrońcą oskarżonego uproszczono, sprowadzając rzecz do efektywnych plutonów egzekucyjnych, które oskarżały, skazywały i wykonywały wyrok bez zbędnych formalności.

Po otrzeźwieniu (i fali głodu) wracano do książek i do wypracowanych wcześniej procedur, a że ściętych głów myślicieli zazwyczaj nie dawało się już z powrotem ponasadzać na korpusy (o dziwo!), przeto w kolejnych „rzeźniach dla ludzi” ginęło coraz więcej i „wyzwolonych z niedoli pańszczyźnianej” chłopów, i prostego miejskiego ludu, czego kulminacją była rzeź I i II wojny światowej. Trzeba przyznać, że postulat równości udało się zaprowadzić przynajmniej w zakresie sposobu żegnania się z życiem. Karabin maszynowy – który powinien być „postępu” godłem, ścinał z nóg herbowych i chamów seriami, po równo.

Mniej więcej po ostatniej z zaordynowanych światu rzezi, w imię obrony wolności przed wszystkimi, którzy z niej skorzystali, wymyślając w zgodzie z postulatem wolnej myśli komunizm i nazizm, „mędrcy” wpadli na nowy, genialny plan i zafundowali narodom Europy życie na kredyt. Różnego rodzaju partie zaproponowały pokoleniu zdruzgotanemu wojennym doświadczeniem szeroki dostęp do darmowych dóbr, usług i praw, wśród których było również prawo do lenistwa, jeśli ktoś by sobie zażyczył. Rachunki za życie na kredyt miały spłacić kolejne pokolenia, pokolenia, które zresztą miały już żyć na takim poziomie technologicznego zaawansowania, gdzie gołąbki same się zarzynają i opiekają na rożnie; bajkę tę znamy od początków ludzkości.

 

 

Pola4

Pola

 

Pośród wielu złowrogich przepowiedni niesionych ciemnotą wieków religii była i ta, dotycząca ciężaru pracy i ciężaru macierzyństwa („kobieto, w bólach rodzić będziesz”). Nowy, żwawy ruch lunarny nie spełniłby się, gdyby i tu nie pokonał zabobonu i nie uwolnił kobiety od bólu macierzyństwa i konieczności trudu zastępowania w bólach pokoleń, które rachunek za fetę miały spłacić.

Ponieważ w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych nikt jeszcze nie był tak bezczelny, a konsumenci nie aż tak ogłupieni propagandą mass mediów, by „łyknąć narrację” o usługujących robotach bądź sługach-klonach ludzkich, przeto jedynym rozwiązaniem było sprowadzenie do powszechnego szczęścia płodnych „quasiniewolników”, a ci (oraz ich potomstwo) z wdzięczności za dopuszczenie do złotych koryt (póki co w charakterze pomywaczy) mieli zaopiekować się wymierającym pokoleniem szczęśliwych i bezdzietnych staruszków.

I to, co właśnie przeżywamy, to bunt niewolników! Religia jest tu sprawą drugorzędną. Po pierwsze, napływające z Południa rzesze biedaków dziwnie szybko zaczęły aspirować do europejskiego, często darmowego, kształcenia – różnych szczebli i stopni. Po drugie, ku zaskoczeniu soc-geniuszy błyskawicznie nauczyły się korzystać z praw socjalnych i zamiast na karny pochód pracowników, rządy natknęły się na rosnące rzesze beneficjentów opieki socjalnej.

Ale największe zaskoczenie spotkało reżyserów multikulturowego spektaklu na polu kultury właśnie. Emigranci nijak nie chcieli zachwycać się puszczalskim trybem życia Europejek, nieodpowiedzialnością Europejczyków, nie fascynowały ich dragi, seks i rock’n’roll! Co gorsza, oni chyba samą ideę muli-kulti wydawali się mieć w głębokim poważaniu, razem z zaprojektowaną dla nich w ramach tej idei rolą!

Okazało się, że tak jak na społeczne zmądrzenie potrzeba kilku pokoleń, tak i na zgłupienie trzeba się napracować. Efektem budowanego w trudzie społeczeństwa multikulturowego było faktyczne odtworzenie (przy zastrzeżeniu pewnej analogiczności tego porównania) stosunków społecznych końca cesarstwa rzymskiego. I ten stan – degenerującej się i wciąż bogatej, ale coraz wyraźniejszej mniejszości i zdrowego, a więc liczebniejszego z pokolenia na pokolenia marginesu obcej cywilizacji, który ma swojego żywiciela za nic i nie podziela, co więcej – nie szanuje ani jego wartości, ani jego mądrości, wraz z upływem czasu się pogłębia.

Więc kiedyś musiało wreszcie do tego dojść i któryś z mędrców musiał wreszcie zakrzyknąć: „Eureka!” i zaproponować rozwiązania. Jakie? Orwellowskie! Będziemy mieszkać dalej razem, a dobre państwo (oprócz prawa do skrobanek) otoczy was jeszcze subtelniejszą, totalną inwigilacją, oczywiście dla waszego dobra i oczywiście tylko z tego powodu, że musimy inwigilować potomków emigrantów, których kiedyś zaprosiliśmy, by szorowali sanitariaty.

To, co mnie osobiście w całym tym pacańskim karnawale irytuje, to fakt, że w sposób zupełnie nieuprawniony konflikt przedstawia się jako starcie Zachodu z islamem. Przyznam się szczerze, że ja się zupełnie nie czuję skonfliktowany z islamem; czuję się skonfliktowany z zaczadziałymi mózgami postępowców, którzy – jeśli pozwoli im się dalej uprawiać kulturowe hokus-pokus – zakończą jeden z najdonioślejszych epizodów przygody ludzkości z cywilizacją. Z islamem, pomimo różnic, różnic głębokich, dzielę przekonanie o ludzkiej wyjątkowości i godności i dzielę również niezgodę na sprowadzanie człowieka do poziomu trzody, którą mają rządzić barany.

Dlatego donośnie protestuję, kiedy propaganda liberalna stara się tchórzliwie wpleść europejską tradycję wojen z islamem w prowadzoną przez siebie wojnę. Wyprawy krzyżowe były, poza kompletnie odmiennym przesłaniem ideowym, perfekcyjnie przeprowadzonymi, chirurgicznie zaplanowanymi operacjami militarnymi, służącymi zlikwidowaniu groźby islamskich zwierających się cęgów, grążących Europie jednocześnie z południowego wschodu i zachodu, a w ich wyniku zlikwidowane zostały islamskie kalifaty w Hiszpanii i Portugalii, odbite „stałe krążowniki” na morzy śródziemnym – Sycylia i Malta.

Dzięki wojnom krzyżowym cywilizacja europejska ocalała. A jaki sens obronny w jednoczesnym zaangażowaniu w Iraku, Afganistanie i restytucji z wielką pompą islamskich państw na Bałkanach? Dlatego jako chrześcijanin odmawiam włączania mnie w szeregi „krzyżowców”, już choćby z tego powodu, że krzyż na sztandarach wisi do góry nogami.

Nie mam żadnego interesu w roznoszeniu po świecie liberalnej zarazy, nie zamierzam umierać ani ponosić kosztów objęcia całej ludzkości „prawem do wyabortowania” następców, parzenia się z kim popadnie i umierania na choroby wirusowe. Ze smutkiem godzę się (przyjmuję do wiadomości), że rozpętana przez politycznych głupców wojna cywilizacji islamu z antycywilizacyjny (a więc barbarzyńskim) szałem może dotknąć i mnie. Jest dla mnie oczywiste, że w porównaniu z antycywilizacją, islam reprezentuje wyższy stopień uczłowieczenia. Więc w tę wojnę bawcie się sami i ponoście konsekwencje własnych projekcji i snów.

Napisałem kiedyś obrazowy literacki tekścik, który chyba lepiej oddawał mój stosunek do zmagań na pustyniach, niż najzawilsze teoretyczne wywody. Na zakończenie tego rozdziału pozwolę go sobie przytoczyć in extenso.

 

MOJA WOJNA?

 

Przez pustkowia Mugabii sunął dostojnie najnowszej generacji czołg Volfgang XXXL II G + MA, a cały ten zagmatwany skrót znaczył, że jest to nie tylko czołg najnowszej albo jeszcze nowszej generacji, ale że potrafi zamienić w obłok pary każdego napotkanego bambusa, grupę bambusów, albo nawet bambuskie wesele. Symbole XXXL oznaczały, że czołg jest ponadto największym z produkowanych czołgów najnowszej generacji przystosowanym do bycia obsługiwanym przez żołnierzy ważących więcej niż 110 kilo, symbole II G informowały, że ten konkretny czołg obsługuje załoga dwóch gejów, a MA (media appliance) mówił nam o tym, że w środku można się w sumie nieźle zabawić. To ostatnie potwierdzała dochodząca zza półprzymkniętego włazu muzyczka. „Sexy motherfucker!” niosło się funkowo ku majaczącym w oddali wzgórzom Mugabistanu.

 

Pola5

Pola

 

Czołg pokonał właśnie jakąś wydmę i zarył, bo natknął się na przeszkodę. Przeszkoda była z gatunku tych łatwo zamienialnych na obłok pary, bo składała się z dwojga bambuskich dzieciaków. Jeden był chłopcem i nosił na głowie śmieszną zieloną chustę z napisami, a drugi był nieodgadniony. Był mniejszy, za to okutany od stóp po głowę w jakieś zwoje. Zza wpółprzymkniętej klapy dało się słyszeć dyskusję, która chyba dotyczyła tego, czy zamieniać przeszkodę w obłok pary, czy się jednak najpierw zabawić. Wyszło na to drugie i wpółprzymknięta klapa otworzyła się bezszelestnie na oścież (sterowana pilotem), a „Sexy motherfucker!” uderzył w niebo i piasek pustyni ze zdwojona siłą.

Z włazu wygramolił się Stan a zaraz po nim Frank. Wyglądali bardzo malowniczo z tymi kolczykami w uszach i gejowskimi T-shirtami! Powiało cywilizacją Zachodu. Stan (125 kilowy pederasta z certyfikowaną skłonnością do pedofilii) najpierw się wysikał nie zważając na przeszkodę, a potem podszedł ku niej swoim ociężałym krokiem. Tuż za nim dreptał Frank (80 kilowy bierny pederasta bez certyfikatów). Stanęli nad małymi figurkami dzieci niczym dwa gnomy z baśni i rozpoczęli zalecaną w podręcznikach sztuki wojny interrogację.

- Hai, Bambuski! -zagaił Stan, bo był prawdziwym mężczyzną w tym związku.

- Jak leci? - dodał szybko Frank i przeczesał pukiel farbowanych na rudo długich włosów, bo jako kobieton zawsze lubił wtrącić swoje trzy grosze.

- Allach jest wielki - szepnął chłopiec. - Czy wy jesteście krzyżowcami?

- Krzyżowcami??? - zdziwił się Stan. - Kto ci, kotuś, taki p...ch pierdół naopowiadał? - Patrz, sweetheart - posłał Frankowi całuska - co ta fanatyczna propaganda robi z ładnymi chłopcami. Odwrócił się ku stojącej nieruchomo dwójce.

- Nie lękaj się, chłopczyku, nie jesteśmy krzyżowcami, wręcz przeciwnie. Przyjechaliśmy, by zarekwirować waszą zagrażającą światu wielką bombę, ale skoro jej nie ma, to postanowiliśmy uwolnić was od zabobonu, który was skuwa. Chcemy, żebyście doświadczyli dobrodziejstw naszej liberalnej demokracji, małe, bambusowe sk...y!

- No, no - poparł go Frank - i przyjechaliśmy jeszcze uwolnić was od tego... no... no tego, co go już w telewizji nie pokazują....

- Ladina ben Osena - podpowiedział mu Stan i westchnął, bo kobiety zawsze go trochę drażniły swoim brakiem wiedzy o świecie.

- O!o! - ucieszył się Frank - tego z brodą. Ale skoro go nie ma, to chcemy podzielić się z wami rozwartościami społeczeństwa rozwartego.

- Otwartego! - poprawił go Stan i westchnął ponownie.

- To znaczy... że co? - zmarszczyło się większe bambusiątko.

- To znaczy...eee... no weź tu k...a tłumacz! - zdenerwował się lekko Stan. - To znaczy, że...eee... no będziesz mógł se posunąć siostrę, jak będziesz chciał!

- Ale po co? - zdziwiło się dziecko - przecież tu - zatoczył ręką wkoło - jest wystarczająco dużo miejsca.

- Ale ciemnota! - westchnął po raz trzeci Stan i otarł pot cieknący z małego czoła w kierunku dużego, podwójnego podbródka.

- Stan, Stan, Stan! - rozhisteryzował się nagle Frank - mieliśmy jechać do stolicy Mugabii i iść na drinka! Obiecałeś! Zastrzelmy te bambusy i jedźmy! O której tam będziemy? O dziesiątej? Jak już wszyscy będą się zbierać do domu? I sklepy pozamykają? Dlaczego ty jesteś taki...? No k...a! Ty mnie chyba nie kochasz?!

- Czekaj, czekaj - machnął ręką Stan. - Ty, no, bambuniek... Ty nie chciałbyś przejechać się takim fajnym czołgiem?

- Ty to nawet na wojnie za zdzirami latasz, Stan! - Frank rozhisteryzował się jeszcze bardziej.

- Nie, nie chciałbym - odpowiedział chłopak i popatrzył z nienawiścią.

- Nie to nie - wzruszył ramionami Stan i odwrócił się w kierunku czołgu. - A! - spojrzał jeszcze przez ramię. - Może brata masz?

- Mam - potwierdził chłopak.

- A gdzie jest? - zapytał Stan wyraźnie zainteresowany, odwracając się na powrót w kierunku kandydatów na przemianę w obłok pary.

- Zakłada minę pod waszym czołgiem.

- Co ty pier...sz? - zdążył bystro spuentować odpowiedź Stan i tyle zdążył, bo pustynią wstrząsnęła potężna eksplozja i musieli wykonać pad, by nie oberwać kawałkami Volfganga XXXL II G + MS.

- O, żesz k...a! - zawołał Stan, kiedy kawałki przeleciały. Odwrócił się w kierunku, gdzie kiedyś stał czołg.

- O ja p...ę! Takie kiecki diabli wzięli! - załkał Frank. - Zamorduję te bambusidła, zamorduję! - zawył i byłby się rzucił na dzieci, gdyby nie to, że mniejsze dziecko nie było już zakwefione od stóp po głowę. Było odkwefione; kwef (czy jak się tam ta ścierka nazywa) leżał na ziemi i nie zasłaniał już tego, co skutecznie zasłaniał przedtem. Chudej dziewczynki z kałachem.

- Sam sobie posuwaj siostrę, pedale! - zwołała gniewnie dziewczynka i przecięła serią z kałacha każdego z nich na mniej więcej dwie równe połowy. Prawie jej się udało na dwie idealnie równe, bo celowała tam, gdzie wydawało jej się, że są genitalia.

- Aaaaa - zdążył wyrzęzić Frank, notując zamieniającym się w strzęp padliny mózgiem, że ktoś przeszukuje jego kieszenie. Stan nic nie zanotował, bo w końcówce przeznaczonej dla niego serii siła niemalże wyrwała kałacha z ręki dziecka i w efekcie zupełnie stracił głowę.

Z kupy żelastwa coś zazgrzytało i dzieci w panice przypadły do ziemi. „Sexy Motherfucker!” poniosło się znów dziarsko po pustyni, bo „media appliance” miały wbudowany zestaw przeciwwstrząsowy. Najnowszej generacji.

 

III. WIDMO KOMUNIZMU KRĄŻY PONAD ŚWIATEM.

 

Co ciekawe, wspomniana włoska bojowniczka z faszyzmem, o powszechne rozbrojenie, z islamem, w tej historycznej kolejności, wraz ze stadem zatroskanych klakierów jakoś nigdy (za życia) nie wzywała do wytężonej walki z największym zagrożeniem cywilizacji białego człowieka (oraz innych cywilizacji), jakim był komunizm, a do wojny z islamem zawezwała akurat w tym momencie, kiedy wojna Zachodu z islamem była komunizmowi najbardziej na rękę. Nie zarzucam autorce „Wściekłości i dumy” jakichś tajemnych związków z komunizmem, bo jej związki z komunizmem i jej aktywność na wszystkich frontach, gdzie wolny świat toczył z nim wojnę, po stronie tego ostatniego, są oczywiste i znane.

Świat Zachodu wszedł w wojnę z islamem akurat w chwili, kiedy zbierający siły do kolejnego starcia komunizm najbardziej tego potrzebował. Nikt nie skorzystał na starciu z komunizmem bardziej niż postkomunistyczna Rosja (Rosja w fazie NEP-u II).

Przywołany i obszernie omówiony przez Jaszczura Nyqvist przywołuje jeszcze Ludowe Chiny jako beneficjenta zużywania się sił Zachodu, ale ja tu akurat mam nieco odmienne zdanie, co wynika z mojego zamiłowania do bardzo szerokiego historycznego ujęcia.

Chiny to wielka plama na mapie. Chiński smok straszy rozmiarami i ludnością. Ale, jak łatwo zauważyć, chiński smok ZAWSZE straszył rozmiarami i zaludnieniem, co wcale nie pozwalało mu na dokonanie najprostszej i najbardziej pożądanej z punktu widzenia jego interesów kolonizacji – kolonizacji swoich własnych, wewnętrznych terytoriów. Co więcej, jak wielki był chiński smok nie był, to jeśli mnie historyczna pamięć nie myli, najwięcej problemów przysparzał sam sobie, zaskakująco łatwo padając łupem ludów o wile mniej liczebnych, mających za to w zestawie narodowych upodobań podboje.

 

Pola6

Pola

 

Trochę to tak, że geopolitycy zawsze boją się Chin, a lekceważą Rosję, a koniec końców to Rosja zajmuje Berlin, Pragę, Warszawę, Bukareszt, Budapeszt i Wiedeń (to, że z jakichś powodów odpuszcza tę ostatnią stolicę, to inna historia), a Chiny padają łupem Japończyków. Z podobnie niejasnych dla mnie powodów, z przecenianiem roli Chin łączy się całkowite pomijanie agresywnych zamiarów Indii, choć – gdyby uczepić się zaludnienia jako parametru potencjalnej ekspansywności, powinny znajdować się w kolejce „tuż za”. A nie znajdują się. Powie ktoś, że po kraju, który wybił się na niepodległość w oparciu o bezkrwawą ideologię Gandhiego trudno spodziewać się agresji. Na co temu komuś odpowiem trochę złośliwie, że po islamistach, którzy wybijali się na niepodległość w oparciu o bezkrwawą ideologię partii Wafd, co stało się inspiracją dla Gandhiego, też nie można byłoby się spodziewać wybuchu nieznanego w ich historii terroryzmu, a po największym, wojskowym osiągnięciu Lawrence’a z Arabii, to jest skłonieniu wyznawców Proroka do zajęcia miasta, co zostało uznane za epokowe wydarzenie, trudno byłoby przewidywać skuteczne zaatakowanie największego imperium na świecie, ale – jak widać, cuda się zdarzają.

Tyle, że w doczesnym świecie tego rodzaju cuda zazwyczaj mają sponsorów. Czy jest nim komunistyczna Rosja? Dziwnym zbiegiem okoliczności ta sama Rosja, która toczyła wojnę z mudżahedinami w Afganistanie (jak się dzisiaj próbuje wytłumaczyć – w imię cywilizacji białego człowieka) sponsorowała, wspierała i tworzyła różnego rodzaju grupy i grupki od Algierii po Syrię, a słynny Abu Nidal - postać kluczowa dla „arabskiego terroryzmu”, nie bez powodu był przez wielu uznawany za dziecko KGB.

Nie będę stawiał jednoznacznej tezy, jaki sztab stał za atakami na Stany Zjednoczone w 2001 roku, gdyż nie dysponuję własną siatką szpiegowską ani znajomościami w MI6 (przynajmniej tak twierdzę). J To, czym dysponuję, to jakieś tam zdolności analityczne, a te podpowiadają, że jeśli funkcjonariusze wszystkich służb Zachodu wraz z antyterrorystycznym sprzętem zajmują się niemalże każdym skupiskiem muzułmanów na swoim terytorium (zasiedlonym przez lekkoduchów opisanych w pierwszym rozdziale), to mają mniej czasu, sił i środków, by zajmować się infiltracją sowiecką (budżety napięte).

I to jest pierwsza, bezpośrednia i największa korzyść, którą komunizm odniósł dzięki umiejętnemu wmówieniu światu „wojny cywilizacji”. Zniknął z radarów.

Kolejną będzie skuteczne zużycie sprzętu, ludzi i ochoty do popierania jakiejkolwiek wojny przez opinię publiczną Zachodu, a już tym bardziej w sytuacji utraty zaufania do własnych rządów, które kłamały w sprawie broni masowego rażenia, a mimo obietnic słynnego terrorysty numer 1 – Osamy bin Ladena nie udało im się wyprodukować.

Nie jestem specjalnym miłośnikiem Wiktora Suworowa i jego dzieł, bo w przypadku byłych, a ciągle żyjących funkcjonariuszy GRU należny zachowywać daleko idącą ostrożność, ale jego pomysł z „Lodołamaczem” wcale aż taki głupi nie był. W końcu granice Rosji Sowieckiej przesunęły się po Łabę. Ciekawe, tak na marginesie, co powiedziałby na pomysł napisania książki: „Osama bin Laden – Lodołamacz - reaktywacja”? I gdzie teraz umieściłby przebieg przyszłych granic?

Wątki rozpoczęte w powyższym artykule zamierzam kontynuować, być może uda się je, koniec końców, zebrać w jakiejś zbiorczej i bardziej uporządkowanej formie.

 

Pozdrawiam

 

 
 
 
 
 
Komentarz do filmu Macieja Gawlikowskiego „Pod prąd"
unukalhai   

Pan Gawlikowski jest świadkiem we własnej sprawie. Pomija rzecz zasadniczą, mianowicie jakiego rodzaju powody miał J. Olszewski, aby nie ufać liderom KPN. Musimy mieć na uwadze, że całe środowisko opozycyjne było naszpikowane agenturą jak keks rodzynkami. Kto jakie „gry operacyjne" prowadził w związku z tym, prawdopodobnie na zawsze pozostanie tajemnicą. Gloryfikowanie KPN przez p. Gawlikowskiego jest w tej sytuacji nadzwyczaj ryzykowne. Dla mnie osobiście dziwaczne. „Noc czerwcowa" tak czy inaczej by się odbyła, najwyżej znaleziono by dla niej inny pretekst. A jak by trzeba było, wówczas agentura w rodzaju Moczulskiego musiałaby wystapić z otwartą przyłbicą. Po to, między innymi, trzyma się agenturę (na „hakach").

 

Konkluzja, że zostawiono nas na łasce i niełasce postkomunistów jest mało praktyczna. Tak wlaśnie w 1986 r. zdecydowali główni sygnatariusze układu jałtańskiego.


 
Wspomnienia z firmy
castillon   

Firma - organizacja pozarządowa grupująca członków zbiorowych, czyli samodzielne przedsiębiorstwa, specjalność inżynierska. Pracowałem, słuchałem, obserwowałem i doszedłem do wniosków co najmniej godnych ujawnienia. W tym jednak momencie zaistniał problem... powiedzmy że natury moralnej. Nie można źle mówić o firmie i zaludniających ją osobach, biorąc od tej firmy pieniądze. A trzeba mówić, prawdziwie i do końca - bo to opowieść o czymś koszmarnym.

Trzeba by zacząć od wątku braku deratyzacji, pardon, dekomunizacji. Grzech pierworodny tego państwa... No i grzech pierworodny instytucji, w której pracowałem. Moje byłe miejsce pracy powstało tuż po okrągłostołowym oszustwie. I założyli je ludzie, którzy będąc dawniej funkcjonariuszami aparatu komunistycznego, nie najwyższego sortu, ale jednak, byli na tyle przytomni, by wiedzieć, że pomiędzy graczami pierwszej ligi długo nie pożyją. Ale mogło być też tak, że zostali desygnowani do innych zadań, niż te pierwszoligowe. Czy wszyscy i czy w jednakowym stopniu? Na pewno nie. Mistyfikatorzy zawsze potrzebują otoczenia, osłony, to jest ich alibi na lata następne. Na pewno maczali w tym wszystkim palce ludzie z odpowiednich służb. Nie mam dowodów na piśmie, te zaszłości nie powodowały archiwizacji wszystkich zakulisowych rozmów i ustaleń. Życiorysy są jednak takie, jakie są. Faktem jest, że stworzono tak zwaną organizację pozarządową. Dzisiaj, na bazie wiedzy o początkach III RP wiadomo, że ktoś musiał dać na to zezwolenie, zielone światło, spodziewając się rzecz jasna rychłego rewanżu. I to może być sprawa bardzo szeroko pojmowana, ten cały proceder wypłacania się Ojcom Założycielom. Czy założeniem pierwotnym była kontrola nad określonym środowiskiem? Bo jeśli tak - to nie jest koniecznym, że aby się zrewanżować trzeba zaraz coś konkretnego, materialnego i pozytywnego zrobić. Czasem lepszym rewanżem jest „nicnierobienie". Oczywiście ubiera się tę czynność w pozór tytanicznego mozołu, jakichś nadludzkich prac, których ktoś mający wpływ na przykład na legislację „nie zechciał wziąć pod uwagę". Daje słowo, że kilkakrotnie spotkałem się z taką interpretacją działań mojej byłej firmy. I dzisiaj bardzo to dla mnie kusząca propozycja wytłumaczenia tego, czego byłem świadkiem, ba, w czym po części biernie uczestniczyłem, aż do chwili buntu i złożenia wymówienia. Gdyby było jak mówię - jasnym stały by się wszystkie wolty organizacyjne mojego byłego szefa. Na przykład jego uwielbienie dla publicznie prezentowanych planów działania-niedziałania, prawdziwie pańskiego dekretowania wszystkiego, ujmowania w twarde ramy działań zorganizowanych, a następnie przez wszystkich przyjętych. Bardziej to przypominało z góry tkane alibi, niż sensowną działalność. Nie wspominam już o takim szczególe, że generalnie cały sposób porozumiewania się wewnątrz organizacyjnej czapki to była partyjna struktura z lat 70-tych żywcem przeniesiona do współczesności. Taki rodzaj egzekutywy, ze wszystkimi detalami, językiem, obyczajowością, ba, ludźmi zapraszanymi na spotkania i fety... I oni po tych spotkaniach, gdzieś na korytarzach powiadali wprost „Gdyby nie my to Polski w tym kształcie w ogóle by nie było!". No jak za Gierka: gdyby nie przodująca siła narodu, to wszyscy wpadlibyśmy w objęcia zachodnioniemieckich rewizjonistów! Kiedyś wyrwałem się przed szereg i odpowiedziałem, że gdyby nie mój rozmówca, to dzisiaj nie trzeba by wielkiej płyty rozbierać lub ocieplać styropianem, stale naprawiać dziur w jezdniach i dopłacać do bandy darmozjadów, których namnożyli tyle, że Amerykę można przykryć czapkami. Gdyby ta wymowna cisza, która potem nastała mogła zabijać - nie miałbyś teraz z kim gadać...

 

TomaszMichalski

Tomasz Michalski

 

 

Ale teraz o samej organizacji: najpierw to, że teoretycznie winna artykułować głos swego środowiska zawodowego. Reprezentować jego interesy. Takie kiedyś były gildie kupieckie. Dobrze się sprawdzały. I w statucie wszystko co dobre z tamtych doświadczeń było zapisane. Tyle że teoria to jedno, praktyka coś całkiem innego. W realu trwało pobieranie składek pod pozorem reprezentowania członków organizacji na zewnątrz, wobec parlamentu, ministerstw, innych organizacji. I stale tak się jakoś składało, że nic z tego reprezentowania nie wychodziło. A to nie przyjęto dokumentów, a to nie uwzględniono zawartych w nich treści, a to ktoś nie odbierał telefonu, bo ponoć nigdy nie odbiera połączeń „nie tkwiących w spisie". Odkurzano więc stare układy, rozdawano jakieś nic nie znaczące blaszki resortowe, trzeci garnitur ministerialnych urzędników zapraszano na wykłady o dupie Maryni, celebrowano obchodzenie imienin w salach zaprzyjaźnionych przedsiębiorstw. A prezes wchodził do gremium kierowniczego kolejnej organizacji, która miała wszystko zmienić, ale nie zmieniała dokładnie niczego. W ten sposób płonęło słońce wzajemnej adoracji, z której wynikało, że coś, co od stu lat nic nie znaczy przesądza o obrotach ciał niebieskich. Ktoś złośliwy mógłby wręcz powiedzieć, że robiono wszystko, by niczego nie zrobić. Być może o to właśnie chodziło.

 

Więcej…
 
Całun
Unukalhai   

Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą.

Jan 15, 20

A to wszystko uczynią wam dla imienia mego,

bo nie znają tego, który mnie posłał.

Jan 15, 21

Gdybym nie przyszedł do nich i nie mówił, nie mieliby grzechu;

lecz teraz nie mają wymówki z powodu grzechu swego.

Jan 15, 22

Na początek wyjaśnienie. Tekst niniejszy nie jest kompleksowym opisaniem fenomenu Całunu Turyńskiego, jego historii, jego znaczenia jako ikony chrześcijaństwa. Temat ten został opisany w bardzo wielu kompetentnych publikacjach przez wybitnych znawców zagadnienia, z czego wielu z nich to najwyższej klasy naukowcy, którzy poświęcili na to swoje życie zawodowe. Istnieje wiele adresów internetowych, dzięki którym można zapoznać się z literaturą dotyczącą Całunu. Jedną z nich jest np. Shroud of Turin Booklist www.shroud.com/booklist.htm#z

Tematyka związana z Całunem jest od wielu dziesięcioleci przedmiotem cyklicznych kongresów naukowych opatrych o prace prowadzone w ośrodkach badawczych usytuowanych we Włoszech, Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii, Szwajcarii, USA, Kanadzie, Australii. Szczegółowe informacje na ten temat można znaleźć np. w wydanej w jęz. polskim publikacji pt.: „Całun Turyński. 101 pytań i odpowiedzi", autorstwa Pierluigi Baima Bollone - długoletniego (od 1980r.) dyrektora Międzynarodowego Centrum Syndologii (Turyn) oraz dyrektora turyńskiego Instytutu Medycyny Sądowej (Ospedale Gradenigo). Dr Pierluigi Baima Bollone jest naukowcem o międzynarodowej renomie: profesorem medycyny (na wydziałach medycyny) oraz prawa Uniwersytetu w Turynie, ekspertem instytucji ubezpieczeniowych i specjalistą od badania mikrośladów. Jego ekspertyzy były pomocne, między innymi, w wykryciu sprawców zamachu na włoskiego premiera Aldo Moro.

W niniejszym tekście wykorzystam dane zawarte w ww. publikacji, a także dane z publikacji innych autorów, jak np. dziennikarza i pisarza Saverio Gaeta (między innymi pt.: „Drugi Całun. Prawdziwa historia Oblicza Jezusa" wydanej w 2007 r. przez Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne). Teksty ww. autorów stanowią syntezę wielu szczegółowych publikacji dotyczących badań nad Całunem i zawierają wskazania źródeł zamieszczanych danych w stosownej bibliografii.

Jaki zatem jest sens pisać teksty na temat, który inni opisują kompetentniej. Powód jest jeden: chciałem mianowicie skoncentrować się na dwóch podstawowych zarzutach podnoszonych przez kwestionujących autentyczność Całunu, które oparte są o datację izotopem węgla o symbolu 14C dokonaną w 1988 roku, oraz tzw. Memorandum z 1389 roku, skierowane przez Pierre'a d'Arcis - biskupa Troyes - do papieża Klemensa VII, w związku ze sporem o miejsce wystawiania Całunu w miejscowościach diecezji podległej owemu biskupowi.

Nie będę natomiast przytaczał żadnych ustaleń na temat tego, że wizerunek na Całunie nie jest dziełem malarza ani w żaden inny sposób sporządzony przez człowieka, bo to są oczywistości rozstrzygnięte już dosyć dawno temu i nie warto nad tym się rozwodzić. Wątek ten potraktuję zatem w myśl znanego porzekadła, iż dżentelmeni nie dyskutują o faktach.

W zakończeniu zamieszczę kilka uwag o koincydencjach relacji na temat Całunu z innego rodzaju fenomenami religijnymi, jakimi są uznane przez Kościół katolicki wizje mistyczek chrześcijańskich.

Więcej…