Brama Wjazdowa

U Bramy
Wartownicy
Souvenir

Wiza wjazdowa

Wędrowiec zapomniał hasła?
Wędrowiec zapomniał nazwę?
Wędrowiec chce założyć konto?

Archiwum

Smoleńsk 2010

PayPal

Dziękujemy Państwu za finansowe wsparcie Miasta

Kwota: 

Najnowsze komentarze

Odsłon : 1049796
Dzielnica Krytyków
Rehabilitacja po śmierci…
Andrzej Leja   

Recenzja książki Krzysztofa Zajączkowskiego pt. Lekarz z Westerplatte

Gorąco polecam czytelnikom POLIS najnowszą książkę znanego blogera salonu24, piszącego pod nickiem Kazef, historyka – pasjonaty, Krzysztofa Zajączkowskiego. Chodzi oczywiście o Lekarza z Westerplatte, książkę, wobec której nie można przejść obojętnie. A cenniejsza jest tym bardziej, że historia nauczana we współczesnej polskiej szkole to zbiór ogólników i truizmów. Zajączkowski wziął na warsztat temat, który wciąż wzbudza wiele namiętności, czy ostatnio wręcz kontrowersji – Westerplatte! Jesteśmy przecież świadkami starań, aby obok wersji oficjalnej – tej którą tak dobrze znamy i z której jesteśmy dumni - opisującej 7-dniową bohaterską obronę Westerplatte, pojawiła się ta druga, oparta na pogłoskach, plotkach, mitach i czasem celowo wręcz rozpowszechnianych fałszach, mających na celu skompromitowanie bohaterskich żołnierzy Westerplatte. Przygotowywany jest nawet skandaliczny film Pawła Chochlewa , wpisujący się w ten nurt, rzekomego odbrązawiania magicznej historii Westerplatte.

Na szczęście dla miłośników poważnej i rzetelnej historii pojawiają się takie pozycje, jak właśnie Lekarz z Westerplatte. I wielka to zasługa Krzysztofa Zajączkowskiego, że potrafi z taką ogromną troską, wręcz z pietyzmem, zadbać nie tylko o historyczną prawdę, ale robi to również wyśmienicie w warstwie językowej, tak, że książkę czyta się wybornie. Bo też nie jest to zwykła biografia majora Mieczysława Słabego, ale właściwie reportaż historyczny, nawiązujący gatunkowo do historycznych książek Mariana Brandysa, typu Kozietulski i inni, czy Koniec świata szwoleżerów. Autor bardzo umiejętnie odsłania swój warsztat historyka, zdobywającego bezcenne wręcz dokumenty i umiejętnie wplatającego je w fascynującą opowieść o bohaterskim lekarzu.

A postać doktora Mieczysława Słabego jest osią tej ciekawej fabuły, która dostarcza czytelnikowi mnóstwo interesujących wiadomości nie tylko o losach głównego bohatera czy o historii obrony Westerplatte, ale przekazuje też ogromną wiedzę o przedwojennym Przemyślu, nawiązuje do genezy skautingu w Polsce, sięga korzeniami do okresu sprzed pierwszej wojny światowej, pokazuje straszliwy czas drugiej wojny światowej oraz prawdziwe oblicze powojennej trwogi, opisuje meandry tragicznych często losów polskich oficerów, którzy związali swoje życie z Polską po 1945 roku. Równocześnie dokonuje głębokiej analizy systemu zła, tworzonego w Polsce powojennej przez Sowietów, Służbę Bezpieczeństwa i Wojskową Informację. To jest bardzo szerokie tło dla pokazania dziejów tytułowego bohatera. Człowieka, który zasłużył na pomnik, a nagrodzono go aresztowaniem, pogardą, torturami, na koniec zaś nie udzieleniem właściwej pomocy w ostatnich dniach życia. Jakże symboliczny to los polskiego bohatera czasów wczesnego PRL-u. Tak postępowano z generałem Augustem Fieldorfem ,,Nilem”, rotmistrzem Pileckim, z tysiącami innych, dziś często zapomnianych i bezimiennych już bohaterów. Są w historii takie rany i blizny, które pozostaną już na zawsze hańbą sprawców i bolesnym przykładem braku sprawiedliwości w dziejach ludzkości i świata.

 

Więcej…
 
„Obóz świętych" i „Król zza morza", czyli rozważania o literaturze, dobrym ustroju i czytaniu z dystansem
Bronisław Bartusiak   

Tekst ten zainspirowany został lekturą książki Jeana Raspail'a „Król zza morza" (a także przynajmniej w pewnej mierze „Obozem świętych"). O powieści tej pisałem już w swojej gawędzie „Przy choince z książką..." w „Dodatku Świątecznym" POLIS MPC z 2009 r. Nie chcę jednak pisać kolejnej recenzji, nawet jeżeli usprawiedliwiałby to fakt, że „Królowi zza morza" poświęciłem jedynie kilka krótkich zdań. Raspail prowokuje, intryguje... Nie, trzeba napisać inaczej. Raspail daje do myślenia. Słowo „prowokacja", chociaż czasem sam go używam, zdewaluowało się. Używając języka „nowopolskiego" można napisać, że prowokacja jest narzędziem w służbie transgresji. Mówiąc prosto, prowokacja służy często obrażaniu ludzi, promocji zwykłego chamstwa, ubranego w szaty dowcipu i „luzactwa", wykpiwaniu wartości, które można nazwać „konserwatywnymi" itd. Francuski pisarz idzie pod prąd, kwestionuje wiele spośród uznawanych dzisiaj w tak zwanych krajach rozwiniętych wartości, ale nikogo nie obraża i proponuje przemyślenie niektórych „oczywistości" na nowo. Chciałbym, choćby pokrótce, podjąć wyzwanie rzucone przez Raspail'a.

 

FYM

FYM

 

 

Podjąć wyzwanie - ale nie na kolanach! Pamiętam wciąż zdziwienie, które pojawiło się po przeczytaniu głośnego „Obozu świętych". Powieść spodobała mi się. Zdziwienie moje jednak budziły komentarze. Byłem w stanie jeszcze zrozumieć przedstawianie Raspail'a jako futurologa, czy, by tak rzec, proroka, który przewidział falę imigracji zalewającą Europę bogatą, lecz gnuśniejącą. Inna rzecz, że chociaż mogłem taką interpretację zrozumieć, nie uważałem jej za jedynie możliwą. Autor „Króla zza morza" nie pisze o imigracji jako takiej, złożonym zjawisku posiadającym wielorakie znaczenie, a jedynie o zalaniu Francji przez hordy (jeśli można użyć tego niepoprawnego politycznie słowa) zabiedzonych i zdziczałych Hindusów. Ktoś może powiedzieć, że jest to pewna alegoria (a może nawet symbol), która wieszczy zalanie Europy przez imigrantów. Może tak, może nie. Nie chce się tutaj wdawać w szczegóły; zainteresowanych odsyłam do lektury, może ponownej, „Obozu świętych". Tu chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedno. Współcześnie kwestia imigracji wiąże się z problemem trudności w asymilacji kulturowej wyznawców islamu. Jest to może nawet większy problem, niż imigracja jako taka. Znowu ktoś może napisać, że w powieści Raspail'a również nie ma mowy o asymilacji, w powieści możemy znaleźć tylko jeden jej przykład. Wniosek: pisarz przewidział i ten problem. Ale czy nie jest to nadinterpretacja?

 

Tyle wątpliwości odnośnie do - wydawałoby się oczywistej - tezy. Jeszcze większe wątpliwości budzi jednak „prawicowy" charakter tej książki. Być może jest ona uniwersalną alegorią upadku cywilizacji, ale... Chciałbym o coś konkretnie zapytać. Jak Europejczycy mieli się bronić przed flotyllą zdesperowanych ludzi? Zatopić ją? Postąpić zgodnie ze wskazówkami prezydenta Republiki Południowej Afryki, od którego postawy Raspail zdaje się jednak ostrożnie, lecz wyraźnie dystansować? Czy to byłoby dowodem na tężyznę moralną i prężność danej kultury (cywilizacji)? Kolejne pytanie wiąże się z uwagą Rafała A. Ziemkiewicza, że „Obóz Świętych" jest między innymi opowieścią o „Kościele Dni Ostatnich". W tym momencie przypomina mi się wrażenie, towarzyszące mi przy lekturze nie tylko tej powieści. Prawdziwa wiara u Raspail'a jest czymś „nie z tego świata" w obydwu znaczeniach tego pojęcia. „Nie z tego świata", czyli pochodząca od Boga, o nadnaturalnym w każdym razie charakterze (znaczenie pierwsze) oraz o charakterze czegoś niezwykle rzadkiego, ulotnego, niemogącego się ostać wobec brutalnego realizmu codziennego życia. Wiara jest czymś wspaniałym, ponadludzkim, ale zarazem praktycznie bezsilnym, skazanym - w najlepszym wypadku - wyłącznie na trwanie. Wyrażę na głos swoje wątpliwości; wątpliwości podkreślam, nie twierdzenia. Czy jest to postawa katolicka? Czy nie jest to postawa zapoznająca wpływ chrześcijaństwa na historię Europy? Jeżeli nawet nie, czy nie jest to pewna ideologia, być może prawicowa, ale tylko jedna z wielu, która po okresie średniowiecza widzi już tylko okres upadku i dekadencji i przygotowuje nas chyba jedynie do godnej śmierci?

 

 

Więcej…
 
Polska kronika komunizmu
Free Your Mind   

Dożyliśmy takich ciekawych czasów, że na naprawdę dobre książki nie tylko trzeba polować, ale też konieczne jest szukanie tychże książek w jakichś księgarniach z wyprzedażą, w jakichś dziwnych miejscach, bo w „renomowanych" bookshopach czy w ekskluzywnych salonach prasowych króluje zwykle to, co pozwala dystrybuować i sprzedawać Salon. Podobnie bowiem, jak pośrednicy sprytnie blokowali (i blokują) dystrybuowanie „niszowych pisemek prawicowych", pilnując by np. taki tygodnik katolicki „Głos" nie docierał do różnych miejsc (dziś, tj. w Wielki Piątek 2010 r. byłem w takim salonie i „pani" nie słyszała nawet o takim tygodniku, a nie muszę chyba dodawać, iż komunistyczne tygodniki są wyłożone jak należy, docierając nawet do wsi zabitych dechami - widziałem na własne oczy w wiejskich sklepach), tak też potrafią zadbać, by niektóre publikacje książkowe nie pojawiły się na półkach księgarskich, by nie wspominano o nich w „dodatkach literackich" i „fachowej prasie", by informacje o nich nie przebijały się ani do świadomości hurtowników, ani tym bardziej do świadomości zwykłych obywateli, którzy potrafią czasami szperać po bookshopach z naiwnym przekonaniem, iż znajdą tam „wszystko". Kiedyś zresztą, gdy ukazała się książka Cenckiewicza i Gontarczyka o Wałku, zawinąłem do takiej dużej, eleganckiej księgarni i zapytałem „pani", kiedy będzie można tę książkę „u państwa" kupić. No i okazało się, że „państwo" wcale nie mają zamiaru zamawiać książki, bo uważają, iż „to takie nieładne", że „takich rzeczy nie powinno się pisać" itd.

Pomyślałem sobie wtedy, że to specyfika właśnie neopeerelu, w którym nieustannie jacyś „eksperci ekonomiczni" zapewniają nas o wolnym rynku, a tak naprawdę, gdy przychodzi co do czego i faktycznie można zbić niezły interes na jakimś towarze... wot, pojawia się jakaś „wyższa siła", która przeprowadza, by tak rzec, wstępną inwentaryzację, „spis kontrolny towarów" i wyraża coś w rodzaju „upoważnienia" dotyczącego tego, czy można coś sprzedawać, czy też „nie należy". Ponieważ o książce historyków IPN-owskich huczała cała Polska, to był to towar, na który czekały tysiące ludzi - jednocześnie jednak, rozmaite, by tak rzec, życzliwe dusze, rozmaici poczciwcy, stwierdzali, iż nie należy ułatwiać potencjalnym nabywcom dostępu do tejże publikacji. Proszę zwrócić uwagę, chodziło tu o naprawdę głośną książkę - co dopiero zaś musi się dziać w przypadku publikacji „cichych"? To, że lądują one na stoiskach z wyprzedażą po prostu.

Niedawno na jednym z takich stoisk wygrzebałem naprawdę świetną, oszołomską jak należy, publikację pt. „Kronika komunizmu w Polsce" (Wydawnictwo Kluszczyński, Kraków 2007), na wstępie której Autorzy rekomendują swoją pracę tak:

„Kolejna książka Wydawnictwa Kluszczyński, poświęcona najnowszej historii Polski, powstała z potrzeby wypełnienia wyraźnej luki na polskim rynku wydawniczym, spowodowanej niemal całkowitym brakiem publikacji prezentujących obiektywny i rzetelny rozrachunek z komunistyczną przeszłością. Najważniejszym celem „Kroniki komunizmu w Polsce" jest, z jednej strony, przypomnienie, jak zbrodniczym i okrutnym systemem był komunizm, z drugiej zaś, podkreślenie historycznej ciągłości pomiędzy nim a niektórymi dzisiejszymi formacjami politycznymi, intelektualnymi czy środowiskowymi. Jest to zadanie szczególnie ważne zwłaszcza w odniesieniu do młodszych Czytelników, gdyż wpływowe ośrodki władzy w Polsce, w tym większość mediów, próbują zniekształcać i zafałszować ten obraz.

Mimo dwudziestu lat wolnej Polski nadal nie odcięliśmy się od komunistycznej spuścizny. Ludzie przez całe lata wysługujący się reżimowi - zamiast zamilknąć, usunąć się z życia publicznego i dać o sobie zapomnieć - pouczają jeszcze społeczeństwo, czym jest demokracja i wolność słowa, które sami przez lata dławili. Byli konfidenci Służby Bezpieczeństwa i aparatczycy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej stają na czele „antylustracyjnych buntów" na wyższych uczelniach.

Dziś w wielu miastach są jeszcze place i ulice czczące komunistycznych zdrajców (m.in. w Gliwicach ulice Gomułki czy I sekretarza KW PZPR w Katowicach - Władysława Żabińskiego, w Kielcach X Liceum Ogólnokształcące nadal nosi imię Hanki Sawickiej), niektórzy paradują w koszulkach z lewackim idolem Che Guevarą czy napisem CCCP lub sierpem i młotem, a pałac kultury - symbol sowieckiego panowania nad Polską - jest wpisany do rejestru zabytków.

Na komunistycznych portalach wzywa się natomiast otwarcie do rozprawy z polskimi antykomunistami. W wolnej Polsce to nie ofiary komunizmu, ale ich kaci i konfidenci przedstawiani są jako pokrzywdzeni, nadal piastują wiele stanowisk w oświacie, na wyższych uczelniach, są dyrektorami, dziekanami, rektorami... I ci ludzie, na uniwersytetach, w szkołach wyższych - mają swych następców oraz sami nadal deprawują młodzież. Dlatego, aby uzmysłowić, czym był komunizm, pragniemy - w formie kroniki - przypomnieć ludzi budujących ten system oraz mechanizmy nim kierujące..." (s. 6).

Po takiej zapowiedzi chyba nikt z głową na karku nie może wątpić, że ma do czynienia z czystej krwi oszołomstwem, które na samo hasło „gruba kreska" wujka Tadka, reaguje prawym sierpowym. Jeśli jeszcze dodam (na zachętę, rzecz jasna), iż jeden z rozdziałów nosi tytuł „Sowiecka niby-Polska", inny zaś „Od „Solidarności do stołu z kantami", no to już można się czuć jak w domu. Na tym jednak nie koniec - jak rzadko w książkach o współczesnej historii Polski (nawet w publikacjach IPN-owskich się tego konsekwentnie nie stosuje) tak tu Autorzy używają skrótów „ZSRS", „KPZS" oraz określenia „Związek Sowiecki", unikając w ten sposób utrwalania nowomowy sowieckiej z niepolskimi określeniami „radziecki" oraz „Związek Radziecki". Poza tym historię bolszewizmu w polskim wydaniu odtwarza się od drugiej połowy XIX wieku, od 1879 r., gdy ukazał się pierwszy numer emigracyjnego miesięcznika „Równość" w Genewie, a następnie od powstania Międzynarodowej Socjalno-Rewolucyjnej Partii „Proletariat".

W „Kronice..." jest mnóstwo zdjęć (niestety wszystkie biało-czarne) oraz reprodukcji materiałów propagandowych. Wiele z nich bardzo rzadkich, np. „Wycieczka pisarzy do ZSRS (od lewej: W. Szmborska, W. Borisow, A. Międzyrzecki, W. Broniewska, S. Grochowiak)" lub „Akademia z okazji 30-lecia istnienia MO i SB" - nie znajdzie się ich w żadnych cukierkowych „przewodnikach po peerelu" (a la Żakowski z Kuroniem) czy innych wesołych opowieściach o „najweselszym z baraków". Jedyny, drobny doprawdy, zarzut, jaki mógłbym postawić „Kronice..." dotyczy udokumentowania prasy bolszewickiej czy bolszewickich materiałów propagandowych wydawanych w języku polskim w latach wojny. Można było bowiem sięgnąć po taką pozycję jak: „Publicystyka konspiracyjna PPR 1942-1945. Wybór artykułów", t. 1, Książka i Wiedza, Warszawa 1961, gdzie cytowane są autentyczne, sowieciarskie, załgane dokumenty kierowane przez komunistów do polskich obywateli.

Oto np. tekst Nr 2 z tego zbiorku (s. 6-8), z 1 lutego 1942 r. Artykuł opublikowany w PPR-owskiej „Trybunie Wolności" zatytułowany „Nakaz chwili" (cytuję bez ingerencji w nowomowę, ode mnie są tylko wytłuszczenia - zastanawiające jest jak znajoma stylistyka w nim pobrzmiewa):

„Deklaracja polsko-sowiecka z 4 grudnia ub. r. stanowi niewątpliwie jeden z najdonioślejszych dokumentów współpracy bojowej narodów miłujących wolność. Zobowiązuje ona obu kontrahentów do udzielenia sobie wszelkiej możliwej pomocy w celu pokonania i ukarania wspólnego wroga: Niemiec hitlerowskich. Stwierdza ona ponadto wolę narodów Związku Sowieckiego i Polski do wspólnych wysiłków w odbudowie swych państw po zwycięstwie.

Ogłoszeniu tej deklaracji towarzyszyło pamiętne przemówienie gen. Sikorskiego, w którym składał on głęboki hołd bohaterskiej Armii Czerwonej, na terenie ZSRR, wniwecz obracającej światoburcze plany faszystowskich barbarzyńców. I słusznie: wszak jasnym jest dla każdego, że właśnie na wschodnim froncie od Oceanu Lodowatego po Morze Czarne toczy się bój, w którym biorą udział miliony żołnierzy i dziesiątki milionów ludności cywilnej. Główny ciężar walki z hitlerowskim barbarzyństwem spoczywa na barkach narodów ZSRR. One też złożyły dotychczas i codziennie składają największe ofiary krwi w ochronie ludzkości i kultury. Na ziemiach Związku Sowieckiego organizuje się największa z istniejących dziś armii polskich. Wkrótce żołnierz polski walczyć będzie ramię przy ramieniu z żołnierzem Armii Czerwonej. Polsko-sowieckie braterstwo broni i krwi doprowadzi do zwycięstwa nad hitlerowskim wrogiem, do powstania wolnej i niepodległej Polski, do współpracy polsko-sowieckiej nad odbudową ojczyzny i utrwaleniem pokoju.

Zdawałoby się, że w takiej sytuacji walka narodu polskiego z całym swym ostrzem skierowana być winna przeciwko hitlerowskim Niemcom, że dążyć trzeba do wzmocnienia sojuszu ze Związkiem Sowieckim, że zmilknąć powinny małoduszne wypady przeciwko ZSRR. Tak jednak niestety nie jest. W polskiej prasie niepodległościowej roi się od zwrotów w rodzaju: „nóż w plecy", „rozdział Polski" itp. nonsensów. Spróbujmy bez namiętności i obiektywnie wyjaśnić sobie wypadku 1939 roku.

Wystąpienie Armii Czerwonej 17 września 1939 r. to temat, do którego zbyt dużo przylgnęło kłamstw i świadomych intryg propagandy niemieckiej, aby go można było przemilczeć. Bezpośrednim powodem tego wystąpienia był błyskawiczny pochód wojsk niemieckich, które po dwóch tygodniach wojny rozbiły opuszczoną przez dowództwo Armię Polską, zajęły większą część Polski, zbliżały się do granicy sowieckiej. Wynik wojny został już wtedy przesądzony. Rząd Śmigłego-Becka siedział na walizkach na granicy rumuńskiej, a większość oddziałów przestała walczyć. Wróg dotarł do przedmieść Lwowa, dosięgnął bagien poleskich, zajął Brześć i Białystok. I wtedy zjawiła się siła, która zatrzymała jego rozpęd i zmusiła nawet do odwrotu. To Czerwona Armia zepchnęła Niemców na linię Sanu i Bugu i osiągnęła, że Hitler po raz pierwszy wycofał się z zajętych przez siebie obszarów.

Przy okazji należy sprostować kłamliwy pogląd, rozpuszczany przez reakcyjnych pismaków, jakoby przegrana Polski była spowodowana wkroczeniem Czerwonej Armii w jej granice. Każdy, kto śledził przebieg kampanii niemieckiej w Polsce, a wyciąga uczciwe wnioski, musi uznać bezsensowność takiego twierdzenia. Kłamstwo o „nożu w plecy" jest szczególnie umiłowanym megafonem propagandy niemieckiej dla Polaków, co też zdradza wyraźnie, komu jest ono potrzebne.

W wyniku obsadzenia linii Sanu i Bugu, a także dzięki układowi co do baz wojskowych z państwami nadbałtyckimi zbudował Związek Sowiecki barierę przeciwko agresji Niemiec hitlerowskich. Zaważyło to w olbrzymim stopniu na przebiegu obecnej wojny na Wschodzie. Zanim wróg zbliżył się do dawnych granicy, uzyskano cenny czas na przygotowanie obrony. Dziś, gdy każdy kilometr terenu, każdą wieś czy miasteczko wywalcza się tysiącami ofiar, gdy od wyniku największych w dziejach świata zmagań zależą losy i Polski również, jasno widzimy, jakie ogromne znaczenie miała dla całego świata wolności akcja Czerwonej Armii we wrześniu 1939 roku.

Czy nie istniały jednak wówczas inne możliwości w zakresie stosunków polsko-sowieckich? Bez wątpienia istniały. Niestety, na drodze zbliżenia polsko-sowieckiego stanęli w owym czasie zarozumiali kacykowie kliki Becka i Śmigłego, którzy wpędziwszy własny kraj w ślepy zaułek, nawet w tragicznym dla niego momencie odrzucili zuchwale pomoc Czerwonej Armii. I to był zasadniczy powód, dla którego ZSRR nie mógł pośpieszyć Polsce z pomocą.

Dziś, gdy historycznym zadaniem narodu polskiego i warunkiem jego wyzwolenia jest sojusz ze Związkiem Sowieckim, gdy od sojuszu tego zależeć będzie trwałość naszej niepodległości, czas pojąć, jaką wolę w walce o wolność świata odegrały wypadki po 17 września 1939 roku. Czas pojąć, że powtarzanie starych głupstw o „nożu w plecy" to prawdziwy nóż... w plecy antyhitlerowskiego frontu ZSRR, Ameryki i Anglii, walczącego ze śmiertelnym wrogiem narodu polskiego.

Mózg staje, prawda? To był zaledwie początek 1942 roku, a ileż komunistycznych „sprostowań kłamliwych poglądów rozpuszczanych przez reakcyjnych pismaków" po polsku powstało potem. Brak niektórych materiałów propagandowych nie przesłania jednak generalnej oceny Kroniki..., którą każdy szanujący się antykomunista powinien mieć na swojej półce :), zanim Ministerstwo Prawdy wyda zakaz publikowania takich oszołomskich rzeczy.

image001