|
Przełożył Andrzej Dąbrówka
I
Luty 1942 roku. Szary, lodowaty, martwy dzień. Ostry wiatr z północnego wschodu, kilka stopni mrozu, zasnute niebo i śnieg na ulicach. Sypki, twardy śnieg przy brzegach trotuarów, pozmiatany na pryzmy, wąskie, wydeptane ścieżki, którymi ludzie idą z trudem gęsiego, potykając się czasem, patrząc sobie na nogi, dotykając się przy mijaniu, dotykając się przy wyprzedzaniu. W bocznych ulicach jezdnie zasypane są grubo suchym śniegiem.
Niegościnny świat i bezdomny świat. Zimno i bieda. Bieda w wielu pooranych zmarszczkami chudych twarzach, bieda w zamkniętych okiennicach sklepów, bieda na zamarzniętych szybach wystaw, bieda na torach tramwajowych, po których nie jeżdżą tramwaje, choć uprzątnięto trochę śniegu, bieda w kolejce na rogu przy dwumetrowej górze śniegu przed sklepem Jamina, bieda na straganie z mrożonymi rybami, których nikt nie kupuje, bieda w zasłyszanych strzępach rozmów.
- Mam jeszcze worek węgla i trochę torfu.
Jakaś kobieta rozmawia z drugą, krzycząc przez całą szerokość ulicy. Inna, kawałek dalej: - Już nic nie mam w domu.
Bieda w głowach: kartki, jedzenie i opał. I „jak długo jeszcze?" Najgorzej z rosnącymi dziećmi, między czternastym a dwudziestym rokiem, one tyle potrzebują.

Sklepu z drobiem i dziczyzną nie można odnaleźć.
Właściciel zastawił szyby wielkimi arkuszami żółtego kartonu, a oszklone drzwi zakleił czarnym papierem. Na szybach ani nad drzwiami nie ma żadnego szyldu ani napisu, znikł i jest nierozpoznawalny, wychodzi stamtąd jakaś kobiecina, nic w niej nie ma szczególnego, z wyjątkiem tego, że opuszcza taki tajemniczy dom.
Nie jest to taki zwykły dzień w lutym: to jest dzień ostatniego miesiąca, po nim nie nastąpi marzec. Jakiś pan w kapeluszu, w białej koszuli i krawacie i w szykownym płaszczu z duffelskiej wełny ciągnie saneczki z odrobiną antracytu, próbuje jakoś przeżyć ten luty, pomimo bólu na białym, nieprzystępnym świecie w dole i bezlitosnej szarości nieba na górze, pomimo lodowatego wiatru. Wszyscy tego chcemy, z wyjątkiem ludzi, którzy nie kupują mrożonej ryby od skostniałych, potupujących handlarzy na Dapperplein, którzy chuchają w dłonie. Dlaczego nikt nie kupuje tych ryb? Czy są może takie drogie, że słabnie przy tym postanowienie, żeby jakoś przeżyć ten miesiąc?
|
najszerzej jak to...
Czytając liczne ...
ja to osobiście ...
Bardzo się ciesz...
spieszę donieś...
rozliczanie polit...
Proszę Pana, św...
wie Pan, naprawd...
Z pierwszej ręki...
casus późnego T...