Brama Wjazdowa

U Bramy
Wartownicy
Souvenir

Wiza wjazdowa

Wędrowiec zapomniał hasła?
Wędrowiec zapomniał nazwę?
Wędrowiec chce założyć konto?

Archiwum

Smoleńsk 2010

PayPal

Dziękujemy Państwu za finansowe wsparcie Miasta

Kwota: 

Najnowsze komentarze

Odsłon : 1049865
Dzielnica Artystów
Sonet iberyjski
Marek Baterowicz   
dla Damy z Elche

I znowu dzielą nas stulecia i żywioły

mierzone dzisiaj w oceanach światła,

w brzęku sekstansów. Z słonecznego gardła

ulatuje jak motyl święty liść jemioły.

 

Jak skóra byka na wietrze rozpięta

żagiel mojej łodzi wzbiera z chmurą czarną.

Kotwicą jest ciężar twych piersi, ust ziarno

twój kamień żywi. W nim byłaś poczęta –

 

- istniejesz poza nim. Ze śmierci zbudzona

na naszą epokę spoglądasz zdumiona,

księżniczko Iberów – palmo o sennych skrzydłach,

 

włosach jasnych? Ciemnych? Pachnących jak nargile?

Byłbym twoim jeźdźcem bez strzemion, bez wędzidła –

i zapatrzonym w oczu twych tęskne daktyle.

 

 
maska
Roman Misiewicz   

wyłania się z nocy pośmiertna maska / patrzy na mnie twarz / mówi / puste lata / wypełnione strachem / kim byłeś / oddycham płytko jakby wokół twarzy była tylko cieniutka warstewka powietrza / wokół kamienne twarze / otaczały mnie / a może to ja / ukazywałem kamienną twarz / wciąż inną / nie mogłem przekroczyć kręgów zakreślonych na wodzie i piasku / widziałem jak unosiły się w powietrzu niewidzialne mury / mimo to szedłem / w kuli zbudowanej z obręczy / nie potrafiłem / zbliżyć się do żadnego człowieka / mój język był zbyt kruchy / rozsypywał się zaraz w drugim zdaniu / tylko moja twarz wciąż odbijała światło / a miłość / o tak / kochałem jak siebie samego / jak mogłem zaufać / nie panowałem nawet nad myślami / byłem dla siebie wrogiem / podnoszę oczy znad klawiatury / zza szyby wyłania się pośmiertna maska / patrzy na mnie twarz /

 
Insula Dei
Nescio   
Przełożył Andrzej Dąbrówka

I

Luty 1942 roku. Szary, lodowaty, martwy dzień. Ostry wiatr z północnego wschodu, kilka stopni mrozu, zasnute niebo i śnieg na ulicach. Sypki, twardy śnieg przy brzegach trotuarów, pozmiatany na pryzmy, wąskie, wydeptane ścieżki, którymi ludzie idą z trudem gęsiego, potykając się czasem, patrząc sobie na nogi, dotykając się przy mijaniu, dotykając się przy wyprzedzaniu. W bocznych ulicach jezdnie zasypane są grubo suchym śniegiem.

Niegościnny świat i bezdomny świat. Zimno i bieda. Bieda w wielu pooranych zmarszczkami chudych twarzach, bieda w zamkniętych okiennicach sklepów, bieda na zamarzniętych szybach wystaw, bieda na torach tramwajowych, po których nie jeżdżą tramwaje, choć uprzątnięto trochę śniegu, bieda w kolejce na rogu przy dwumetrowej górze śniegu przed sklepem Jamina, bieda na straganie z mrożonymi rybami, których nikt nie kupuje, bieda w zasłyszanych strzępach rozmów.

- Mam jeszcze worek węgla i trochę torfu.

Jakaś kobieta rozmawia z drugą, krzycząc przez całą szerokość ulicy. Inna, kawałek dalej: - Już nic nie mam w domu.

Bieda w głowach: kartki, jedzenie i opał. I „jak długo jeszcze?" Najgorzej z rosnącymi dziećmi, między czternastym a dwudziestym rokiem, one tyle potrzebują.

Safronow01

 

Sklepu z drobiem i dziczyzną nie można odnaleźć.

Właściciel zastawił szyby wielkimi arkuszami żółtego kartonu, a oszklone drzwi zakleił czarnym papierem. Na szybach ani nad drzwiami nie ma żadnego szyldu ani napisu, znikł i jest nierozpoznawalny, wychodzi stamtąd jakaś kobiecina, nic w niej nie ma szczególnego, z wyjątkiem tego, że opuszcza taki tajemniczy dom.

Nie jest to taki zwykły dzień w lutym: to jest dzień ostatniego miesiąca, po nim nie nastąpi marzec. Jakiś pan w kapeluszu, w białej koszuli i krawacie i w szykownym płaszczu z duffelskiej wełny ciągnie saneczki z odrobiną antracytu, próbuje jakoś przeżyć ten luty, pomimo bólu na białym, nieprzystępnym świecie w dole i bezlitosnej szarości nieba na górze, pomimo lodowatego wiatru. Wszyscy tego chcemy, z wyjątkiem ludzi, którzy nie kupują mrożonej ryby od skostniałych, potupujących handlarzy na Dapperplein, którzy chuchają w dłonie. Dlaczego nikt nie kupuje tych ryb? Czy są może takie drogie, że słabnie przy tym postanowienie, żeby jakoś przeżyć ten miesiąc?

Więcej…
 
ODYSEUSZ ROZCZAROWANY
Vengo   

odchodzę, odjeżdżam, znikam

niech w proch się obróci itaka

taniego proszku i gumofilców


niech sczeźnie ryba dusząca się

w błocie, niech zetli się worek

za nic mam waszą wzniosłość

blachy, śliskie płytki i chromonikiel

za nic mam retorykę siedmiu liter


mierzi mnie boska cześć cyfr

przygniata stos kartonu, głowę

ścina mi redukcja ad absurdum

 

Legionista2

Legionista

 
listy do tytusa II
Roman Misiewicz   

znów pragnę uciec / wracają do mnie / wspomnienia moich odwrotów / te wszystkie głupie rejterady / a może ja noszę w sobie tytusie / czarną pestkę / która domaga się abym ją wciąż przesadzał / z miejsca na miejsce / która nawet gdy się ją wyrwie / zostawia po sobie białe drobne korzonki / wnikające w ciało jak robaczki / pachnące jak pleśń która pokrywa świeże drewno sosny / i która wywołuje ten siny ból / w brzuchu i jądrach / co dławi ale zarazem przybliża mnie do tych wszystkich miejsc które odwiedzałem w dzieciństwie / ona i teraz / czuję / odradza się / i znów daje o sobie znać / ta mała gnijąca pestka / łaskocząca w stopy / rozwierająca nozdrza / zmuszająca by / łowiły cień jej wilgotnego zapachu / i jego śladem ciągnie całe ciało / w przestrzeń / spragniona nowych doznań / może ja wcale jej nie przenoszę / tylko podążam za nią jak za czymś / nieznanym co utraciłem / a może nie / może ona właśnie pragnie się wyrwać / z tego mrocznego labiryntu / pełnego studziennych pogłosów / dźwięków przesuwanych mebli / jęków / i pomieszanych języków / tego miejsca w którym jest / zresztą / nieważne jak naprawdę jest / bo tym razem wiem / i tak / nie umknę / nie pociągnie mnie ona / ze sobą / teraz będzie inaczej / nadeszła właśnie ta chwila / której zawsze się obawiałem / to mroczne poczucie / że nie znajdę żadnej drogi / ucieczki / że jestem przegraną / przykutą do głazu / na kamienistym szczycie / wśród mżącego deszczu istotą / zupełnie bezsilny / niezdolny aby się jeszcze raz poderwać / nie zbiegnę więc / wycieńczony ciągłymi dezercjami / które i tak nic nigdy nie dały / oprócz krótkiego zachłyśnięcia się eterycznym powietrzem / w końcu / przecież i tak zawsze potem wracam do punktu wyjścia tytusie / więc po co / to wszystko / tak / tym razem zostanę / czy po to aby stoczyć walkę / nie wiem / w końcu prawdopodobnie będę musiał ją stoczyć / najpierw oczekiwać na tego / który przybędzie / tym straszliwszy że znam jego twarz / choć nie rozumiem czynów i słów / a potem mu ulec po wyniszczających zmaganiach / uważasz że coś mi to / pomoże kiedy się będę zdrowo odżywiał / jedzenie nie doda mi sił / wręcz przeciwnie osłabi / noszę swój odwłok jak żuk pancerny / tak obecnie właśnie wyglądam z tymi przebierającymi bezradnie łapkami / właśnie jak żuk o białej maści przewrócony na grzbiet / od jedzenia kruszą mi się zęby i rośnie warstwa po warstwie sterta odpadków na podłodze w moim wozie /

Więcej…
 
Most w Avignon
Marek Baterowicz   
Tu pojąłem raz jeszcze,

że moje życie

jest jak most w Avignonie,

który prowadzi donikąd,

który się kończy w pół drogi

moich kroków.

 

A jednak stale cie widzę

- drugi brzegu -

poza rzeką,

w której powoli się pogrążam,

i z której piję codziennie

łyk nadziei.

 

image001

 
TARNOPOL, 1940
Vengo   

wstała jak zwykle o piątej, zawsze powtarzała, że to

godzina duchów

tej nocy też śniły jej się wszystkie zmarłe dzieci

patrzyła na ślubne zdjęcie w ramce, znów żałowała

że wianek się trochę przekrzywił


śnieg zasypał stare i nowe wspomnienia,

ból, radość, smutek schowały się pod kołdrą

szyby jak witraże w baśni o królowej z dalekiej Północy


poczuła jednak ulgę, gdy szary rękaw munduru

rozmazał w oknie mozaikę kształtów

to już - pomyślała i wszystko stało się prostsze


zimna deska furmanki, szron na wąsach tego

który uderzył pierwszy

tory ostre jak brzytwa, stukot donikąd kół

chciała zamknąć oczy jak powieko trumny

popatrzyła ostatni raz na dom i pożegnała się

z dziećmi

 

Legionista

Legionista

 
Piosenka o wyspie
Pina Tubo   

Polska jest wyspą zieloną

w bordowych świata odmętach

tu nam się żyje wesoło

i wiecznie kwitnie amnezja


w gajach zbijają kokosy

bonzowie pod jasnym słońcem

długie jak kij mają nosy

a swe wartości na koncie


w tej bananowej krainie

kołysząc się na hamakach

nad rzeką co miodem płynie

słuchamy śpiewu kanarka


tu nas wachlują piórami

najwymowniejsi pismacy

lokaje wiecznie ci sami

donoszą wszystko na tacy


Polska zieloną jest wyspą
pośrodku czerwonej fali
radośni ludzie tu żyją

z radością dają się mamić


na jasnej twarzy premiera

ten spokój panuje błogi

kiedy z emfazą obwieszcza

że w niedalekiej przyszłości:


kryte baseny i korty

dobra medyczna opieka

bezpieczne i mądre szkoły

dobrem każdego człowieka


dla młodych rozwój i płaca

dla starych postęp oświata

aż młode wspomną się lata

socjalizm walka i praca


Polska jest wyspą zieloną

bez gospodarza i stróża

z rządową flotą przy molo

gdyż się w odmętach zanurza


Pina Tubo

 

LegionistadoPinaTubo

Legionista