Brama Wjazdowa

U Bramy
Wartownicy
Souvenir

Wiza wjazdowa

Wędrowiec zapomniał hasła?
Wędrowiec zapomniał nazwę?
Wędrowiec chce założyć konto?

Archiwum

Smoleńsk 2010

PayPal

Dziękujemy Państwu za finansowe wsparcie Miasta

Kwota: 

Najnowsze komentarze

Odsłon : 1049795
Dzielnica Publicystów
wycinki
Zbigniew Herbert[1]   

Plącze się koło mnie sprawa mojej współpracy z PAX-em, pozostawanie pod urokiem wodza Piaseckiego, etc.

Pozwól, że wyłuszczę sprawę w punktach, trzymając się faktów. 1) Wodza poznałem osobiście. Od roku 1945 PAX zabiegał o mnie, zapraszał na obozy, dyskusje, no i oczywiście do kolaboracji. W czasach stalinowskiej nocy Wódz zaprosił mnie do Grand Hotelu w Sopocie na sowitą libację, co podniosło na tyle mojego ducha, , że wyłuszczyłem, dlaczego nienawidzę PAX-u. Na to Wódz powiedział: „Przeżył pan Hitlera, przeżyje pan Stalina, ale mnie pan nie przeżyje." 2) Już po tej rozmowie dałem trzy wiersze do antologii PAX-owskiej (zresztą przeraźliwej) pt. ...każdej chwili wybierać muszę. Nikt tego tomu poza mną i Łapińskim nie zna i nawet Ty, dociekliwiec, nie miałeś go na pewno w ręku. Rarytas polityczno-religijny. W tej antologii ukazały się trzy moje wiersze zatytułowane enigmatycznie Pacyfik I, II, III, z których to wierszy najbardziej haniebny nosi tytuł Na Kongres Pokoju. 3) Z PAX-em nigdy nie współpracowałem, pod urokiem Wodza nie byłem, ale to zjawisko interesowało mnie bardzo jako rodzaj totalitaryzmu w totalitaryzmie. Pisałem do „Dziś i Jutro" recenzje plastyczne pod pseudonimem Stefan Martha. Po pewnym czasie wyrzucono mnie na zbity łeb, twierdząc, zresztą słusznie, że szydzę z socrealizmu. Jeszcze co do wierszy w nieszczęsnej antologii. Spotkałem chyba w roku 1954 Stefana Kisielewskiego - mój odnośnik moralny - który powiedział „Wyglądasz marnie, nie przeżyjesz socjalizmu i smród po tobie nie zostanie." To skłoniło mnie do zaniesienia owych trzech wierszy do PAX-u. Wyrzucił mnie natomiast z pisma za nieprawomyślność sam Tadeusz Mazowiecki. Zrobił to wyjątkowo delikatnie i z urokiem. 4) Przez cały okres stalinizmu, tzn. także po śmierci Stalina, do roku 1957 nie mogłem znaleźć pracy. Po trzech miesiącach wyrzucano mnie z różnych obskurnych biur torfowych, ze spółdzielni inwalidzkich itd. - jako wroga klasowego. W roku 1950 za wstawiennictwem Kisielewskiego, poszedłem do Andrzeja Micewskiego, szarej (a właściwie albinoskiej) eminencji Zrzeszenia, który użalił się nade mną, zaproponował mieszkanie i pracę w PAX-owskim liceum, za cenę członkostwa w Zrzeszeniu Księży Patriotów (przekręcam nazwę, ale była to wtedy potężna organizacja, dążąca do opanowania kleru i wydarcia go spod wpływów Prymasa). Zawahałem się, a potem podarłem już podpisany akces. Micewski dyskretnie wyszedł z pokoju. Tak hartowała się stal. 5) Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności zjawiło się u mnie (nazywam tak wspólny pokój , gdzie mieszkałem wraz z Władziem Walczykiewiczem nie pracując, a nie pracowałem, bo... itd.) czterech milicjantów. Milicjanci zapakowali niezbyt starannie moje książki do worka, wsadzili na ciężarowy samochód i wyrzucili na szosie w okolicach Brwinowa. Półtora roku spędziłem w pokoju, który był przybudówką do stodoły. Stąd moja dozgonna miłość do krów...[2]

 

AT6'

AT

Więcej…
 
Przełamując fale albo dzięki Ci, Panie, żeśmy bałwany morza czerwonego suchą przeszli nogą*
Rolex   

Komunizm - ostatni etap


Motto:

Albo my ich, albo oni nas - Adam Michnik

Polska to nienormalność - Donald Tusk

WPROWADZENIE

W poprzednich esejach w POLIS MPC podejmujących zagadnienie współczesnego komunizmu zająłem się problemami definicji, genezy, psychologii i socjologii komunizmu, wytwarzanych przez niego partii, grup i koterii. Życie dopisało kolejny scenariusz i szeroka publiczność miała się okazję dowiedzieć, co skrywa się za kreowanymi na mężów stanu doczesnymi powłokami posłów i ministrów. Zobaczyliśmy, a w zasadzie dane nam było poczytać o tym, jaki to duch w nich siedzi, jaki etos kieruje ich pracą publiczną. Jako wieloletni badacz komunistycznego wnętrza stwierdzam autorytatywnie, że komunistyczny.

Wypada w tym momencie wrócić na chwilę do genezy społecznej komunizmu, bo ona - jak nic innego tłumaczy fakt, że komuniści nie potrafią myśleć propaństwowo i pronarodowo. Myślenie propaństwowe pojawia się w historii na pewnym etapie rozwoju ludzkich zgromadzeń, myślenie w kategoriach narodowych było historycznym „cudem", który mógł wydarzyć się wyłącznie dzięki unikalnemu zespoleniu tradycji judaistycznej, chrześcijańskiej, greckiej i rzymskiej. Społeczność zwana narodem to największa znana nam społeczność, spajana przez więzy poczucia wspólnego działania w historii, wspólnej przeszłości, ale i „współbycia" w dbaniu o przyszłość następnych pokoleń.

ilustr2

W komunizmie tkwią ziarna prawdy, a jednym z takim ziaren jest samopoznanie faktu, że pomiędzy celem komunizmu a pierwotnymi, niecywilizowanymi bandami myśliwych, zbieraczy i łupieżców istnieje istotne podobieństwo struktury. Komunizm aby zwyciężyć, musi zniszczyć cywilizację, na której pasożytuje, bo jak już wielokrotnie podkreślano, komunizm żadnej cywilizacji nie tworzy. Tworzy hordę, stado. Komuniści są niezdolni do pojęcia złożoności większej struktury społecznej niż horda, stąd w Polsce tworzą zwalczające się a niekiedy współdziałające bandy, przypisane zazwyczaj do warszawskich ulic, z którego to powodu stolica niezasłużenie cierpi i traci na atrakcyjności.

Jeśli ktoś najsilniej podkreśla swoje wyalienowanie ze społeczeństwa, w którym żyje, to są to właśnie ludzie skażeni komunistyczną mentalnością. Kapitalne świadectwo sekciarskiej (a w zasadzie trybalistycznej) postawy dał zwolniony z jednego z wielkich popularnych dzienników pracownik, opisując nić spajającą grupę jako poczucie przynależności, wyrastającej z rodzinnych tradycji lojalności, do jednego z najbardziej kryminogennych środowisk powstałych w II Rzeczypospolitej i - równolegle w Związku Sowieckim, to jest Komunistycznej Partii Polski.

Grupę sympatyków KPP nazywam komunistami sentymentalnymi. Rysem charakterystycznym komunistycznego sentymentalizmu jest uniwersalne (w sensie ponadnarodowych aspiracji komunizmu) dziedzictwo, polegające na olbrzymiej aktywności w zakresie psucia wizerunku Polski za granicą, czego ostatni z przykładów znajdzie Szanowny Czytelnik w najświeższej notce zamieszczonej w Zakątku Bibisyna. Co ciekawe: w czasach, kiedy polska prasa ochoczo dekonspiruje tych z pracowników służb porządkowych, którzy wymknęli się spod kurateli ubekistanu i ośmielili podjąć akcję przeciwko komunistycznym „elitom" warszawki, „międzynarodówka sentymentalna" się za to nie bierze; od ochrony interesów „chamów" powstrzymuje ją bowiem pamięć Marca; ochoczo natomiast dekonspirowała agentów polskiego kontrwywiadu wojskowego odtworzonego po likwidacji sowieckiej WSI; podobnie jak w międzywojniu jej działania nastawione są na niszczenie niepodległych służb polskich działających za granicą.

Więcej…
 
Czyja Polska? O przełamywaniu oporu
Free Your Mind   

1. Śmierć cywilna po polsku

Odpowiedź na postawione w tytule mojego eseju pytanie nasuwa się taka: „chciałoby się, by była nasza” – nikt z nas chyba nie ma wątpliwości, że nasz – tj. ludzi domagających się budowy państwa na zdrowych fundamentach – wpływ na bieg spraw społeczno-politycznych nie jest zbyt duży. Właściwie to jesteśmy nieustannie w defensywie – bronimy się przed tymi ludźmi, którzy nas od lat wypychają z przestrzeni publicznej i którzy nas zapewniają od „historycznego porozumienia” z 1989 r., iż nie mamy prawa do ingerowania w losy kraju. Może też po części dajemy się spychać do defensywy, bo jesteśmy za słabi, by stawiać czynny opór lub też z tego powodu, że ktoś systematycznie nasz opór przełamuje.

Wystarczy zresztą spojrzeć na polską blogosferę, z której w ciągu ostatniego roku pozostały dosłownie strzępy. Kilka spektakularnych akcji z różnych stron pokazało, iż wcale nie trzeba władać blogosferą, wcale nie trzeba „przejmować” tego czy innego niezależnego komentatora, wystarczy bowiem umiejętne skłócanie środowisk blogerskich, wpuszczanie szczurów w postaci pomówień lub dez (sam tego doznałem na własnej skórze), a w ostateczności zastraszanie „śmiercią cywilną” i z pełną świadomością dokonanie tejże egzekucji, jak to uczyniono w mainstreamie w przypadku kataryny, po egzekucji której kilka lewackich gnid (inaczej tych ludzi nie da się nazwać) przez dostatecznie długi czas entuzjazmowało się on-line personaliami „zdekonspirowanej” publicystki, tak jakby czekano jeszcze na jakiś show – by powstały żyjące własnym życiem wyspy blogosfery nawet nie próbujące formować archipelagu.

Cygnus

Cygnus

 

Dziś śmierć cywilna jest doskonałym narzędziem dyscyplinowania niepokornych – nie tylko w III RP, ale akurat o niej tu mowa. Przypomnijmy sobie, co wyczyniano z jednym z funkcjonariuszy CBA, którego dane, a nawet zdjęcia, krążyły po Sieci (nawet po komórkach) jako „atrakcja” medialna i niemalże zabawka dla gawiedzi. W akcji tej uczestniczyły przecież te środowiska i środki przekazu, które na samo słowo „agent” dostają gęsiej skórki, gdyż hasło „ujawnianie agentury” kojarzy im się z zaglądaniem do dokumentów rozmaitych „świętych ludzi” III RP, w tym „królów Midasów”, co niegdyś w mundurach, a dziś w drogich garniturach przechadzają się pewnym po salonach warszawskich i europejskich, jako „ojcowie chrzestni” wielu instytucji naszego współczesnego państwa. Te środowiska, których przedstawiciele lub przedstawicielki wylewali/wylewały łzy na wystawach z twarzami Bezpieki, akurat w przypadku dekonspirowania jednego z agentów niemającego nic wspólnego z sowiecką Bezpieką, wychodziły ze skóry, by dzień w dzień zasypywać czytelników, widzów, słuchaczy coraz to nowymi rewelacjami. Rzecz jasna, nie było w tym przypadku. Podobnie (jak w przypadku ludzi CBA) te środowiska zachowywały się, gdy A. Macierewicz tworzył SKW. Instytucje, które nie mają placetu wojskówki sowieckiej, a więc które nie podbiły sobie legitymacji u Kiszczaka, co kiedyś podbił sobie swój dokument w Moskwie, traktowane są przez establishment pookrągłostołowy jako ciała obce. Te zaś należy w III RP bezwzględnie, tj. za pomocą wszelkich (prawnych i pozaprawnych) środków zwalczać.

Jak się zwalcza ciała obce w systemie opresji? Na dwa sposoby: albo doprowadzając do ich natychmiastowej likwidacji (przypomnijmy sobie postulaty czerwonych dotyczące IPN-u, CBA, komisji zajmującej się likwidacją WSI i dotyczące SKW), albo – jeśli to pierwsze jest niemożliwe – przejmując je i wykorzystując do ochrony tego systemu. Jak doskonale wiemy, zarówno SKW, jak i CBA zostały już przejęte i teraz nie stanowią problemu dla środowisk neokomunistycznych (czyli czerwonej i różowej nomenklatury).

Więcej…
 
Bez przebaczenia
toyah   

Kilka dni temu, o czym przypomniał nam Bernard w swoim wpisie w Salonie24, minęła druga rocznica śmierci Andrzeja Kerna. Fakt, że ktoś jeszcze dziś zechciał pamiętać o nim, jest nie do przecenienia. To, że ktoś zechciał pamiętać o nim, ale również - a może przede wszystkim - pamiętać o tym wszystkim, co sprawiło, że Andrzej Kern stał się na tyle ważną częścią naszej współczesnej historii, że kiedy przyszła wiadomość że właśnie umarł, wielu poczuło na plecach zimny dreszcz. I nie chodzi nawet o to, co Andrzej Kern robił i przed rokiem 1990, i co robił już w Polsce tzw. nowej, i czym się dla niej zasłużył jako działacz, polityk i prawnik, ale o to, co ta nowa Polska mu zrobiła i w jaki sposób za to co mu zrobiła, będzie musiała prędzej czy później odpowiedzieć. A odpowiedzieć będzie trzeba za naprawdę wiele.

Wydaje się, że ze wszystkich, mniej lub bardziej tajemniczych, do dziś niewyjaśnionych zdarzeń stanowiących dziedzictwo III Rzeczpospolitej, sprawa Andrzeja Kerna i jego córki Moniki pozostaje z jednej strony być może najbardziej szokująca, a z drugiej, w zupełnie bezprecedensowy sposób, zapomniana. Oczywiście, przez ostatnie lata parokrotnie mieliśmy, to tu to tam, okazję przypomnieć sobie tamte miesiące i lata i tamtych bohaterów. Niemniej jednak nie sposób nie zauważyć, że ci, którzy mają możliwości i mogliby spróbować ostatecznie zbadać ową sprawę, zachowują się tak, jakby albo byli niezainteresowani, albo wręcz przeciwnie - tak zainteresowani, że aż drżą na samą myśl, że ktoś mógłby niechcący to ich zainteresowanie zauważyć. Bo - nie ulega najmniejszej wątpliwości - wiele wskazuje na to, że owa historia sprzed ponad piętnastu już lat należy do tych, którymi jeśli chcemy się zajmować, to najwyżej przy niedzieli, a lepiej po prostu o nich zapomnieć. Bo można dostać po uszach.

AT5

AT

O co poszło? To akurat bardzo starannie wyjaśnia w swoim wpisie sam Bernard, jak i autorzy podlinkowanych przez niego artykułów w „Gazecie Polskiej" i „Rzeczpospolitej". http://bernardo.salon24.pl/141176,druga-rocznica-smierci-andrzeja-kerna Dla zwykłego porządku bardzo krótko wspomnę najważniejsze kwestie. Otóż w połowie czerwca 1992 roku, tuż po tym, jak w Polsce doszło do klasycznego zamachu stanu i Lech Wałęsa wraz z odpowiednimi służbami i kilkoma politykami obalił legalnie działający rząd Jana Olszewskiego, córka Andrzeja Kerna, wówczas jednego z prominentnych polityków Porozumienia Centrum, uciekła z domu, a raczej - jeśli weźmiemy pod uwagę i jej młody wiek, i wszystkie znane okoliczności - została porwana przez... no właśnie, przez kogo? Oficjalna wersja mówi, że uciekła z mężczyzną, którego kochała. Inna, również oficjalna, wersja uzupełnia, że w tej ucieczce pomogła jej rodzina mężczyzny. Jest jednak i wersja trzecia, która jest do tego stopnia nieoficjalna, że pozostaje wyłącznie w sferze tzw. teorii spiskowych, a więc czegoś, co już dawno przez publiczną domenę zostało uznane za byt kompletnie niepoważny.

Więcej…
 
Odpryski
Castillon   

Wielu najznakomitszych pojawiających się w POLIS MPC autorów zajmuje się rzeczami poważnymi. Bez śmiechów: konstytuowanie nowego państwa, jego systemu prawnego czy ekonomicznego to jak najpoważniejsze zajęcia. Oczywiście mam o tym pewne pojęcie, czasem wystarczy go na komentarz - ale dalej brakuje już chęci i zapału, badania podstawowe i takież symulacje nie są moją specjalnością. Tu obowiązuje prosta zasada: źle tańczysz - nie pchaj się do baletu. W „Jeziorze Łabędzim" nawet jako „łabądek" z trzeciego rzędu byłbym żałosny...

Zajmuję się przeto obserwacjami typu „toto pro pars". Świat w kropli wody... A czemu nie? Dzień za dniem ruszając w zwykłą, zawodową wędrówkę mam pewność, że gdzieś po drodze spotkam dwóch durniów, trzech postkomuchów, co najmniej jednego byłego donosiciela, niespełnionych ministrów i kilka ciotek rewolucji w swych charakterystycznych przebraniach. Wszyscy wymienieni tworzą swoiste panopticum, którego jedyną troską jest to, by nikt ich jako odmieńców nie postrzegał. „Tymi ręcyma podwaliny podwalaliśmy - się nam tera należy..." Może należy. Może nie należy. Cokolwiek by jednak nie wymyślono genialnego, dobrego czy chociaż poprawnego w materii zmiany kompradorskiego państwa, a co trafi w ręce wymienionych ludzi - rychło zmieni się w gnój, parodię i kpinę. We własnym przekonaniu to oni wyznaczają standardy. Oni przesądzają, co jest właściwe, a co nie jest. Oni liczą i oni sumują.

KrzysztofBagorski

Krzysztof Bagórski

Więcej…
 
Teologia polityczna, teologia polityki, teologia dziejów... Cz. I.
Bronisław Bartusiak   

Czas jakiś temu napisałem na łamach, no internetowych prawdę powiedziawszy, ale niech już będzie, na łamach POLIS Miasta Pana Cogito (lipiec-sierpień 2009) krótką recenzję z piątego numeru rocznika „Teologia polityczna". Związki religii i polityki interesujące są i ważkie, ale refleksja nad nimi - co tu dużo mówić, pozostawia wiele do życzenia. W nawiązaniu do tego tekstu pojawiła się interesująca analiza pojęć, związanych z powyższą tematyka, autorstwa FYMa. Nie tylko zresztą analiza pojęć. Przede wszystkim próba zmierzenia się z pytaniem o to, jakie są - i jakie być powinny - relacje miedzy, napiszę w skrócie, porządkiem „nadprzyrodzonym" i porządkiem „naturalnym", albo inaczej: sferą religijna i sferą polityczną. Z kolei po pojawieniu się mojej recenzji na „zielonym blogu" POLIS MPC w salnie24.pl, głos zabrał, pisząc szerzej o występowaniu istotnych związków miedzy polityką a religią Machabeusz, wywołując ciekawą dyskusję[1]. W jednym ze swych wpisów kładzie on nacisk na to, że wiara (religia, teologia...) niosą ze sobą pewien zestaw idei, które oddziałują potem na w innych obszarach kultury[2]. Przeczytałem z zainteresowaniem i poczułem potrzebę zabrania raz jeszcze głosu, tym razem w swoim już imieniu.

 

AT1

AT

 

Temat jest obszerny, problematyka relacji między religia (wiarą) a polityka wywołuje mnóstwo emocji. Nic dziwnego zresztą; dotyczy spraw, które bardzo nas dotykają i na które trudno pozostać obojętnym. Przyjmijmy zatem, że moja recenzja była początkiem cyklu tekstów, które skrótowo oznaczę „religia a polityka". Oprócz niniejszego tekstu, w jej skład powinny wejść kolejne recenzje. Jedna poświęcona będzie interesującej, chociaż kontrowersyjnej może ksiące „Iota Unum" R. Ameriego. Ściśle biorąc, dotyczy ona nie tylko sporu o Sobór Watykański II i jego dziedzictwo, ale jego znaczenia dla dyskusji o stosunkach miedzy religia a polityką. Chociażbym dlatego, że nie tylko z Polsce przecież, działalność - i samo rozumienie - Kościoła Katolickiego, ma duże znaczenie dla rozumienia przestrzeni publicznej („public square"). Tym ostatnim terminem często posługiwał się nieżyjący już niestety ks. R. J. Neuhaus, redaktor naczelny znanego internetowego miesięcznika „First Things". Drugą recenzję poświęcę dwóm powieściom francuskiego pisarza i podróżnika Jeana Raspail'a, „Król zza morza" i „Pierścień rybaka". Oprócz interesującej (wręcz „sensacyjnej") fabuły, mogącej porwać o wiele bardziej niż mdłe w gruncie rzeczy, z tych które przeczytałem, powieści Dana Browna.

Długo nie mogłem zabrać się za pisanie. Pomijając jednak osobiste kłopoty, które opóźniały znacznie zabranie się za tę pracę - biłem się już za to publicznie w piersi, to znaczy, za zwłokę pisaniu, nie za kłopoty - pojawiła się przede mną kwestia, jak uporządkować to, co mam do powiedzenia. Dwa punkty wyjściowe, że religia i polityka są powiązane i że należy o tym pisać, porządnie zdefiniowawszy pojęcia, wydaja się dość banalne.

Słówko na boku, jakby powiedziano w tym miejscy w teatrze elżbietańskim. Podkreślę od razu, gwoli jasności mego wywodu, że moim zdaniem, i nie tylko zresztą moim, istnieje takie zjawisko, które można nazwać „religią świecką": komunizm, nazizm, faszyzm do pewnego przynajmniej stopnia oraz, na innej jednak płaszczyźnie, współczesny (i nie tylko współczesny) laicyzm, zwłaszcza francuski. Do kwestii tej postaram się jeszcze powrócić.

Więcej…
 
Narodziny i działalność „Solidarności" oświaty i wychowania 1980 - 1989
Teresa Bochwic   

(tekst książki, wydanej przez Tysol sp. z o.o. Warszawa 2000).

WSTĘP

Historycy długo będą się zapewne spierać, czym była Solidarność lat 1980-1981. Pokojowe powstanie narodowe, ruch odbudowy obywatelskiej w społeczeństwie, gnębionym przez 35 lat przez totalitaryzm, nurt moralno-religijny, czy tylko związek zawodowy?

Wszystkim tym była ona po trosze. Nie mogąc pokusić się o suwerenność państwową, Solidarność, obejmująca prawie połowę dorosłych obywateli, walczyła o godność pracowniczą i obywatelską dla ludzi, pozbawionych demokratycznego wpływu na władze, o prawo do wolnej informacji, dążąc do utrwalenia polskiej tożsamości, do odnowienia moralnego, w czym pomogło wybranie dwa lata wcześniej polskiego papieża, i do przywrócenia powszechnej nadziei. A przede wszystkim o to - by użyć późniejszego określenia trybuna i przywódcy ludowego, Lecha Wałęsy - ażeby ludzie w Polsce mogli „wziąć swoje sprawy w swoje ręce" i działać dla wspólnego dobra, zgodnie z wyznawanymi powszechnie wartościami: umiłowaniem prawdy, sprawiedliwości i patriotyzmem.

AT_Piosenka

AT

 

Solidarność nauczycielska odwoływała się do tych samych co cały ruch wartości, i uzgodnienia z rządem, jakie nauczyciele wywalczyli w wyniku strajku gdańskiego w listopadzie 1980 roku, otworzyły im drogę do podjęcia prac nad programami nauczania, wiernymi prawdzie oraz najlepszym tradycjom ojczystej kultury i historii. Równocześnie powstały projekty przebudowy dotychczasowych mechanizmów funkcjonowania szkoły. Zmierzały one do przyznania zawodowi nauczycielskiemu autonomii i dowartościowania jego prestiżu poprzez bardziej niż dotychczas samodzielny status rad pedagogicznych i silniejszą pozycję prawną, oraz poprzez poprawę materialną. Solidarnościowa koncepcja społecznych rad szkolnych na wszystkich szczeblach zarządzania miała na celu stworzenie rzeczywistej reprezentacji i współpracy nauczycieli, rodziców i przedstawicieli samorządu uczniowskiego. Środowiska edukacyjne dążyły do upodmiotowienia zarówno nauczycieli, jak uczniów, bez rezygnowania z wartości, istotnych w procesie dydaktycznym i wychowawczym.

Więcej…
 
Hey-ho: twórzmy internetowy rynek pracy
Łażący Łazarz   

 

Przeglądając co rano ogłoszenia o pracę umieszczane na tradycyjnych portalach internetowych, zauważyłem rzecz znamienną: są one statyczne i giną w morzu innych, podobnych ogłoszeń.

Typowy ogłoszeniodawca nie tyle szuka pracy, co uspokaja swoje sumienie, odbębniając publikację zawodowego anonsu i czekając potem – trochę jak na zmiłowanie – że ktoś „łaskawie” to ogłoszenie wykopie spod ziemi i nim się zainteresuje. Szanse na to zazwyczaj sprowadzają się do pierwszych 2 godzin, gdy ogłoszenie to, jako świeże znajduje się wysoko na stronie głównej portalu.

Zastanówmy się, jaki sens dla pracodawcy czy zleceniodawcy (roboczo proponuję te terminy traktować równoważnie) ma buszowanie po bezkresach sieci i łowienie złotej rybki w mętnej wodzie, gdy przecież sam może swoją sieć (sak) założyć. I tak się zazwyczaj dzieje. Zamiast czytać niezliczone ilości ogłoszeń w różnych miejscach, publikuje własne ogłoszenie z cyklu „szukam pracownika” i czeka, aż chętni sami się zgłoszą. I trzeba powiedzieć, że jest to działanie naturalne, gdyż w świecie niedoboru pieniędzy wciąż jest o niebo większy niedobór pracy niż pracowników.

 

 

 

Schody dla pracodawcy zaczynają się jednak później, po publikacji ogłoszenia, gdy już ta setka (albo pięć setek) ofert do niego spłynie. Bo jak z mrowia chętnych wyłuskać tego właściwego? Jak odnaleźć tego najbardziej fachowego, zaangażowanego, kompetentnego i doświadczonego pracownika, który przyjmie zaproponowaną formę umowy (i wynagrodzenie), a potem jeszcze sobie z robotą poradzi? Jak trafić w dziesiątkę bez pudła, zwłaszcza, że to „pudło” jest wyjątkowo kosztowne? Na podstawie CV i chwalenia się samego zainteresowanego w liściku reklamowo-motywacyjnym? – Wolne żarty!

Więcej…
 
Polska strona i obce strony
Andrzej Dąbrówka   

Ukształtowanie etnicznych tożsamości w świadome siebie narody należy do najważniejszych osiągnięć europejskiego Średniowiecza. W żadnym omówieniu piśmiennictwa tamtego okresu nie może zabraknąć przedstawienia zjawisk towarzyszących temu procesowi.

W kilku partiach mojego podręcznika Średniowiecze. Korzenie (2005) zajmowałem się wyłanianiem i umacnianiem polskiej tożsamości narodowej. Jeden z rozdziałów Wydawnictwo PWN uczyniło wizytówką książki i udostępniło w swojej czytelni online http://czytelnia.pwn.pl/sredniowiecze.php

Nie będę zatem powtarzał tamtych obserwacji i interpretacji niezbędnych aby cokolwiek zrozumieć jak była postrzegana ta „polska strona", to wyrażenie dało tę przymiotnikową nazwę naszemu krajowi, wyodrębniającemu się od różnych cudzych stron.

AT7

AT

Dodam tylko nieco inny i może bardziej aktualny aspekt, gdyż nie są dziś sporne sprawy języka polskiego, niegdyś dominujące kiedy on się dopiero kształtował jako organ narodowej samoświadomości i polskiej państwowości.

W owym wcześniejszym okresie toczyły się także procesy gospodarcze, które wzbudzały niekiedy ferment. Jednak dopiero po stabilizacji polskiej narodowej tożsamości możemy usłyszeć głosy wyrażające troskę o tę tożsamość, której nie zagraża tylko polityczna napaść czy heretycki rozłam, ale - rynek światowy...

Zabawny pokaz polskiej nieufności wobec świata zewnętrznego dał Sebastian Klonowic (†1602) w poemacie Flis (1595). Warto przypomnieć to niezwykłe dzieło, powstało bowiem po rzeczywistym spływie flisackim Wisłą do Gdańska, który Poeta odbył jesienią 1594 r. jako pięćdziesięciolatek. Flis, to jest Spuszczanie statków Wisłą jest może pierwszym naszym dziennikarskim reportażem krajoznawczym, i od razu niezwykle ambitnym dzięki ładunkowi refleksji historycznej i moralistycznej. Posłuchajmy co ma nam do powiedzenia ówczesny burmistrz Lublina, a więc człowiek dość dobrze wykształcony (był wykładowcą Akademii Zamojskiej) , a nade wszystko zakorzeniony w politycznej i gospodarczej rzeczywistości Rzeczpospolitej.

Wszytkie do Polski przyszły tu wykręty,

Gdy się u Gdańska zjawiły okręty,

Prostość ojczysta i niewinność ona

Jest przewierzgniona.

Jak widać, nie jest to stanowisko politycznej ksenofobii. Nie mówi się tutaj, że obcy nam coś odbierają, oszukują czy psują naszą młodzież - choć takie głosy też w ówczesnej literaturze pobrzmiewały. (Za chwilę przypomnę wyraźnie protekcjonistyczny głos Marcina Bielskiego.)

U Klonowica widzimy moralistyczną ocenę negatywnego wpływu rynku międzynarodowego na krajową gospodarkę - a w konsekwencji i na polskie obyczaje.

Symbolicznie niosą ten wpływ okręty, przypływające do Gdańska po żywność przywożoną tam dobrowolnie na sprzedaż przez polskich ziemian.

Więcej…
 
Z dala od politycznego zgiełku...
Andrzej Leja   

,, Chcesz budować dom - posadź najpierw drzewo
Zanim zaczniesz budować miasto - posadź las!"

(z sentencji chińskich )

Myśli człowieka zaangażowanego, któremu nie jest obojętne w jakim kraju żyje, wciąż niestety krążą wokół polityki, gdyż to od niej w dużej mierze zależy doczesne dobro, prawo i sprawiedliwość. W Polsce tych wartości póki co nie uświadczysz drogi Czytelniku zacnego Polis. Są jednak takie miejsca w Polsce, gdzie z dala od politycznego zgiełku można poczuć się choć przez chwilę naprawdę wolnym i szczęśliwym człowiekiem.

 

ATALeja

AT

 

Pamiętam jak za mrocznych czasów komuny ( mrocznych wbrew szerzącej się jak zły szeląg opinii, jakim to wesołym barakiem socjalistycznym Polska była - otóż nie była! Wystarczy trochę dobrej woli i wrażliwości, żeby pamiętać jak duszno i straszno było naprawdę ) uczciwi ludzie ratowali spokój i skołatane nerwy udawaniem się na tzw. wewnętrzną emigrację. Sam tak czyniłem, co niewątpliwie uratowało mnie przed szaleństwem. Dziś jakby wraca mroczny klimat tamtych lat i od politycznych machlojek, skandalów i wszechobecnego kłamstwa warto czasem uciec. Do lasu. Do miasta-ogrodu. To doskonałe miejsce, żeby zapomnieć o kłótniach, parodiokomisjach, bucie i nieudolności władców, trwoniących w sposób wręcz niesłychany nasze nadzieje, marzenia, szanse na piękną Polskę.

Ja tak uczyniłem. Znalazłem takie miejsce na ziemi, gdzie nie dociera ten zgiełk i zaduch politycznej hucpy. Zamieszkałem w lesie. Tutaj postawiłem dom, zasadziłem 278 drzewek i krzewów. Leśny dom, w mieście-ogrodzie, gdzie ostatnio zakwitło kilka kwiatków forsycji ( w grudniu!), a teraz kwitnie wawrzynek wilcze łyko ( teraz, nie w lutym lub marcu). Stare ponad 130-letnie sosny tworzą specyficzny mikroklimat. Oddycha się lekko, pełną piersią. Ptaki, wiewiórki, jeże, czasem zabłąkane zające i lisy to naprawdę dobrzy sąsiedzi. W takich miejscach człowiek nie tylko wspaniale odpoczywa, ale uczy się też pokory. Wobec dostojności, ciszy, spokoju i łagodności leśnej przyrody.

Więcej…