|
Dzielnica Artystów
|
Vengo
|
|
jest wrzesień i mam pięć lat
przez szyby woła mnie słoneczny świt
mgła, jak pianka na porannej kawie
pachnie trawa, a na niej świeże jabłka
dziadek powtarza, żeby nie zrywać z drzewa
zbierać z ziemi i wkładać do koszyka
dziadek wie wszystko ma siwe włosy
codziennie liczy konie pędzące w snach
zna siedem rodzajów śniegu i zboża
potrafi odróżnić kawkę od gawrona
brzytwę ostrzy na skórzanym pasie
nie zna słowa kocham, ale ma czas
stoję przed jabłonią i patrzę na mokre nogi
podnoszę jabłko i naciskam cienką skórkę
kwaśny sok cieknie po dłoni, a ja patrzę
wiem, że niczego już nie zmienię
ani jabłek, ani rosy, ani drzewa
świat stworzył mi się pod stopami
biją dzwony pieje kogut dymi komin
mam pięć lat i myślę kiedy umrę
czy dziś, czy jutro, czy dożyję wieku dziadka
zrywam jabłko i wszystko trwa
końca świata nie będzie
na razie
AT
|
|
Barbara Marek
|
|
W tę noc mistyczną miasto spało
przez uchylone drzwi balkonu
mgłą otulona niby szalem
płynęła cisza Getsemani
a w kruchym ciele rwał się oddech
nieubłaganą uwerturą
nadchodzącego pożegnania
przy łóżku Anioł Pocieszenia
prostował skrzydła do odlotu
w tę noc mistyczną miasto spało
|
|
Krzysztof Rudziński
|
|
Wyrastam z nich - z nich dnieję w drzewo
wyciętych w pień - kiełkują listki.
Od wczoraj dziś do potomnego przenoszę ich
w gałązki istnień. - A drzewo z ziemią jest
po słowie, objętych wpół - ocala mowę,
odgina wstecz zły wiatr. Dojrzewa. Wzbiera w gmach,
wyrasta nad fundament stulistnym obcowaniem
w zmowy po biały ranek w szepty po całych dniach.
- I od nich umiem hasło i odzew - wiary jasność
dni okopanych w kwiatach. - Desant babiego lata
zarosłych imion pnączem, wywiedzie się, wyplącze,
rozpełznie po ogrodzie z wiatrem - muzykę zrodzi.
W niej moja jawa prędko pierzcha,
jak sen i szukać muszę jawy
z ich pni poległych kędzierzawych
rosnących z próchna i z powietrza,
odebranego młodym płucom.
- Jej ton wraz wabi i odrzuca.
Łowi się chwilą bardzo małą
urody wielkiej, co uchyla
rąbek nieznanej tajemnicy -
tatarski szlak zew krwi trop wilczy.
Bywa - nie jest mi trudno dostrzec
pamięć kształtów nieobecnych zarys,
którzy nie są potrzebni dla oczu,
nie przydadzą się zmysłom na nic.
Bywa - ciemność odchylam z wolna
i nadchodzą zdjęci z krzyża chłopcy,
niosą lata szatańsko nieludzkie,
niosą młodość uciętą jak głowę.
Mój czas, w niej tak bezradny kroczy,
Gdzie tam kroczy, zaledwie kuśtyka
- Już nie mogą w nim dłużej mieszkać,
już nie mogą go stopą dotykać.
- Uciekają drzwiami z kamienia,
które znają poprzez śmierci kroki.
I z ziemi wniebowzięci w lipy czarnoleskie,
rosną w nich w dni piękniejsze, przyszłym pokoleniom.
Krzysztof Rudziński
AT
|
|
Roman Misiewicz
|
siostrze
I
wczesne południe słońce / najmocniej grzeje bielone ściany chat / z każdym nawet miękko postawionym na drodze krokiem wysoko unoszą się białe drobiny kurzu / zanim dostrzeżesz postać podróżnego wcześniej / pojawia się na widnokręgu tuż ponad jezdnią / mała popielata chmurka która czasami przybiera kształt wiru a czasem wędrującego obłoku / teraz gościniec jest pusty / nie licząc małego tumanu pyłu unoszącego się nad chłopcem / dźwigającym ciemnobrązowy tornister z grubej skóry / teczka posiada dwa dziurkowane pasy / zapięte na stalowe klamry oraz dwie wielkie kieszenie / w jednej z nich jest nienaruszone drugie śniadanie owinięte w bladożółty woskowany papier / a w drugiej pylące jak gąbka ochraniacze na buty / suchy wrzesień /
|

Krzysztof Mazur
|
w powietrzu prawie niewyczuwalny zapach palonych badyli który / działa jak eliksir melancholii / przed chatami babiny w chustach siedzą na drewnianych ławach a spod ich palców spływają do wiader łupiny ziemniaków / podnoszą lekko głowy by zaraz znów się pochylić nad pracą / nie pytają o nic a chłopiec chciałby aby go ktoś zapytał / dokąd dlaczego nawet skąd idzie / kogoś kto by go zatrzymał w drodze / zagaduje więc grzecznie przepraszam która godzina / będzie koło południa / tyle / nic więcej żadnego pytania całkowita obojętność / tuziemców / południe a więc mama wraca teraz z pracy / jeszcze się nie niepokoi / zastanawia się gdzie jest i dlaczego do tej pory nie wrócił ze szkoły powoli / w miarę jak myśli o nim coraz dłużej / rośnie w niej lęk który gotów jest w każdej chwili gdyby się pojawił przeistoczyć w gniew tym większy im dłużej narastał / tymczasem on jest siedem kilometrów od domu / na granicy kopalin i lasu w którym kiedyś z dziadkiem zbierali opieńki / porastające w ciemnych i wilgotnych kotlinach ogromne omszałe pnie /
Krzysztof Mazur
zahaczające pewnie korzeniami o złotawe kości celtów / toczących tu wieki temu boje w obronie osady skrytej na wysokim grzbiecie pagóra wyrastającego pośród puszczy jak zielony guz / tuż za lasem jest wieś / chłopiec nigdy w niej nie był ale wie że nazywa się stasiówka / że ludzie stamtąd schodzili przed wojną wijącą się pomiędzy drzewami drogą do kościoła niosąc na prawym ramieniu buty związane ze sobą sznurówkami / droga była gliniasta poprzecinana nabrzmiałymi od soków korzeniami sosen / obwałowana puszystym mchem / pachnąca grzybnią / gdzieś tutaj przed miastem siadali przy rowie aby obmyć brudne stopy i wdziać obuwie / a jeszcze dalej za wsią są lasy lasy lasy
Krzysztof Mazur
i wśród nich może jakaś mała wioska z bielonymi domkami odcięta od świata / bez prądu w której może go ktoś przyjmie dzisiaj na nocleg / zaprosi na posiłek i pozwoli zasnąć w stodole pachnącej sianem / w której świtem zbudzą go zimne stopy i promienie słońca włamujące się do środka przez sęki i szczeliny powstałe pomiędzy rozsychającymi się na popielato jodłowymi deskami / domyśla się że dalej jeszcze / czeka go droga przez lasy o drzewach w kolorze pistacji / w których potykać się będzie o skamieniałe grzyby / a gałęzie będą się kruszyć z takim brzękiem jak gdyby były z kryształu / za tymi lasami czekają na niego inne sioła położone w parowach do których nie dotarł nigdy żaden najeźdźca i / może dlatego ludzie w nich są / radośni / pełni życzliwości dla siebie / i wierzą w znaczenie słów / mieszkają zaś w domach splecionych z wikliny przetykanej mchem wysoko pomiędzy / konarami drzew / chodząc odziani w dziwne kubraki z ptasich piór / a mówią w języku podobnym do cichego klaskania kołatki / w tym języku który był na początku zanim został wymieszany z twardymi słowami i określeniami przyniesionymi na niziny przez obcych / koło głowy chłopca przelatuje jasnobrązowy liść prędko / niesiony ciepłym jeszcze wiatrem / z którego włókien nozdrza są w stanie wyłowić bardzo odległe nutki chłodu / czasem pojedynczy skurczony wachlarz kasztanowca zachrzęści pod nogą jak rozgniatana kostka cukru / coraz ciężej iść / jakby stopy zapadały się w miękkim mchu las widać już w dali / i droga którą idzie pod górę zanurza swój wąski ogon w jego wnętrznościach / nad głową chłopca krąży sokół / zawieszony w powietrzu pomiędzy chałupami górami i kosmosem / gdyby tak wzbił się wyżej chłopiec mógłby jego oczami ogarnąć ogromne szmaragdowe przestrzenie które leżą przed nim jak jedwabna tkanina / zobaczyłby niekończący się obszar wielkich spiętrzonych wałów ziemi / z grzywami lasów kołyszący się przed maleńką postacią podchodzącą do ich kraju / czerwieniejące głębiny buków i płycizny młodych sosen w kolorze tych butelek / w jakich dziadek przynosił mu w lecie lemoniadę / korkowaną na małą porcelankę / miniaturę tych które wysoko brzęczą rozpięte na betonowych słupach trakcyjnych / im głębiej na południe tym bardziej lasy jaśnieją / rzedną / więcej w nich wirów i załamań / kamiennych wysp które kruszą przypływy i odpływy wiatrów / sokół jakby dotarły do niego myśli chłopca unosi się coraz wyżej wznoszony ciepłym śródziemnomorskim prądem powietrza / w najgłębszą ciszę kosmosu niezakłócaną żadnym dźwiękiem / ciszę jaką mogli poznać tylko pasażerowie transatlantycznych sterowców / tymczasem na ziemi z bardzo daleka dobiega głos dzwonów bijących na anioł pański / z kościoła świętej jadwigi / dźwięk odbija się od gęstwiny lasu i przynosi chłopcu obraz małych czarnych postaci kołyszących się na sznurach / zakończonych pętlą / za pomocą których porusza się ciężki stelaż dzwonu / wiejący od lasu powiew niesie kadzidlany zapach kruchty / a może jest to delikatny i czuły jak oddech dotyk wietrzyku który poczuł kiedyś gdy klęczał podczas podniesienia / jeszcze tylko kilka domów rozrzuconych coraz rzadziej coraz dalej od siebie / jeszcze jeden dom jeden zagon który kończy szpaler tyczek z rozwieszonym na nich pachnącym groszkiem i za chwilę chłopiec zanurzy się w inny czas i przestrzeń / dlaczego wybrał właśnie tę a nie inną spośród dróg / które by go powiodły na północ albo na wschód / każdą z nich mógł przecież wybrać równie dobrze / nie poszedł ani przez niziny rozciągające się za rzeką / wabiące samotnymi drzewami wrośniętymi w czarną linię horyzontu / nie poszedł także dnem kotliny wiodącej ze wschodu na zachód / starym rozlewiskiem rzeki / z którego dna wyrastają niespodziewanie potężne głazy / by potem znów pogrążyć się w ziemi na całe stulecia / dlaczego wybrał tę najdziwniejszą drogę / poprzez puszcze i góry / dlaczego ten chłopiec / który nie zna mapy podąża w kierunku bram babilonu / ziemiom horusa / pastwiskom abrahama / jakby uciekał przed ustami ciemności / ku źródłom /
|
|
|
Andrzej Kisiel
|
|
Poezja ziemi nigdy nie umiera.
John Keats
szedłem między polem a polem
zieleń witała mnie
myślałem o uprawie ziemi
to było jak zwrócenie twarzy ku słońcu
gdybyś rzekł coś o ujarzmianiu żywiołów
nie zrozumiałbym
chciałem chyba wówczas wyzwolić Ziemię
|
|
Vengo
|
|
Co mi mogłeś obiecać?
starzejące się dzień po dniu ciało
żłobiące w łóżku znajomy kształt
coraz lżejszy cień na ścianie
coraz cięższy oddech
lusterko wpatrzone w nieme usta
wybrałem sterylność kartki
spazm w karbach gramatyki
ekstazę wykrzyknika
rozkosz nieistnienia
może to niewiele
ale przynajmniej nie boli

Piotr Pigoń
|
|
Rolex
|
|
Pan Piórko znów był nie w sosie, a to za sprawą upiornej aktorki, która we wczorajszym dzienniku ogłosiła, że znów skończył się komunizm, ale tym razem naprawdę. Anons nie przybił pana Piórko dokumentnie, bo pamiętał, że tego rodzaju obietnice zazwyczaj poprzedzały okresy, kiedy to komunizm przepoczwarzając się kontynuował się w najlepsze, a pan Piórko, wieloletni funkcjonariusz i miłośnik komiksów o kapitanie Żbiku lubił, gdy komunizm trwał jak masło, a on w nim jak pączek.
Całkowite nietracenie pogody ducha to jedno, a werbalna groźba tkwiąca w zapowiedzi to drugie, i to drugie właśnie - niczym swoista odmiana memento mori - tkwiło w śpiącym umyśle pana Piórko całą noc, nie pozwalając mu wylegiwać się do późna, jak przystało na emerytowanego funkcjonariusza.
Rozczarowanie ulotnieniem się całkowitości spokoju ducha było tym większe, że jak pamiętamy, pan Piórko szczęśliwie stracił żonę pod kołami pociągu, który przejechał przez ich sypialnię i tę połowę łóżka, na której spała żona, w poprzedni czwartek.
Żona nie była zbyt uciążliwym towarzyszem funkcyjnej emerytury; po latach zresztą okazało się, że była również wzorową funkcjonariuszką, której w formie zamążpójścia przypadło w udziale dbanie o właściwą postawę ideową męża; jadła jednak zbyt dużo i zajmowała zbyt dużo miejsca na sofie, jej odejście przyjął więc pan Piórko raczej pogodnie, spodziewając się otwarcia całkiem nowych życiowych perspektyw. Teraz jednak zdecydował się zapomnieć o perspektywach i zająć się przywróceniem pogody ducha do stanu zupełnego, a więc takiego, do którego przez dwadzieścia lat się przyzwyczaił. Po krótkich rozmyślaniach postanowił zadzwonić do Borewicza. Ten stary ubek zawsze wiedział wszystko przed wszystkimi innymi, w pełnej, niezafałszowanej perspektywie.
|
|
Więcej…
|
|
ks. Jerzy Szymik
|
|
Zamienić znaki plus i minus.
Zrobić to z ulgą.
Zrobić to dla cichej i gorzkiej sławy
emisariusza nieuniknionego,
harcownika konieczności,
sługi postępu.
Zrobić to dla nich wszystkich,
nieco niemrawych, niestety i owszem. Ale
czyż istnieje alernatywa dla nowoczesności?
Misja, po prostu.
Postawić plus przed tym, co dotąd niesłusznie
i z ciasnych racji uchodziło za zło.
Postawić minus przed tym, co dotąd opresyjnie
i podstępnie zwano dobrem.
Obnażyć inercyjną naturę przymusu tzw. zgodliwej harmonii,
która jest zmową sojuszu aseksualnych: matron po menopauzie
i celibatariuszy, czyli kastratów. I która wisi nad Wisłą i Odrą
jak trujący smog i atomowy grzyb razem wzięte.
Odsłonić witalność pychy i wzniosłość agresji, z których
wszelkie życie (czyż bycie nie jest świątynią nieposkromionego
Erosa?) Czyż nie tak nas uczył ojciec nasz, Fryderyk? I które -
pycha i agresja - jedyne chronią wolność, a więc i demokrację.
Powiedzieć to wszystko. Choćby i tocząc pianę, ale tym bardziej
dobitnie - za innych, dla wszystkich.
Podawać przykłady. Wytrzymać plemienne pohukiwania
Dulskich. Mówić przeciwko kołtuństwu, z cywilną odwagą,
w kolorach tęczy, odważnie.
Przemilczeć dyskretnie własną ofiarę (ciepieć to zwyczajne
dla pionierów), na przykład niełatwe zmiany żon (jest trzecia,
jest dobrze: są możliwe dwie godziny na tydzień z synem
z pierwszego małżeństwa; chodzimy do zoo, na karuzele do
wesołego miasteczka).
Zamienić znaki.
|
|
Krzysztof Rudziński
|
Pamięci powstańców 1963 roku
Są noce, kiedy chodzę dawnych czasów skrajem,
oddech w piersi zatajam, by chwili nie musnąć.
I czuję jak opada zapomnienia chusta,
łuski z oczu i jasność mi wizji się staje.
Oto ogród w mgłach tonie. Brodzi późna jesień.
Listopad, z dniem co zasnął zanim w pełni dorósł.
A już chmurnie się zapadł w piernaty wieczoru,
który zjawą posłańca trwożne wieści niesie.
Wnet pochwycone, w sieni słotą mokrą pluszczą.
Już przytłumionym szeptem zaglądają głowy. Ostatnich siedemnastu z kozienickiej puszczy
wchodzi rzędem do izby powstańców styczniowych.
Patrzę, twarze zmęczone a ubrania w strzępach,
ścigani bez wytchnienia kozacką obławą.
Lecz oni raz wybrawszy zdają się pamiętać,
że śmierć wolnych jest ceną nieśmiertelnych sławy.
Jutro - gdy ich zaborcy, zdrajcy wydawali,
aby ciałami dęby ubierał jak w bliznę,
Bóg im oczy zamykał - byśmy pamiętali.
A duszom ich otwierał już wolną Ojczyznę.
(Pisane w Dniu Zadusznym 1998 roku)

AT
|
|
|
Andrzej Kisiel
|
|
to nieważne
czy zgiełk wielu głosów
czy fanfara jednej prawdy
mnie zagłusza
|
|
Barbara Marek
|
|
wolontariuszom hospicyjnym
Tak mi dziś potrzeba twej wiernej przyjaźni
bez płonnych nadziei co skrywają prawdę
(ból zostanie bólem)
ciepłych rąk co dają ulgę i otuchę - pragnę
o b e c n o ś c i
ona jest jak balsam
lęk wypełza nocą
i nie ma wprost miary me ogołocenie
już jestem t a m choć jeszcze jestem tutaj
nic nie mów ja już widzę dalej
zanim cię pożegnam trzymaj mnie za rękę
zostań jeszcze trochę dotyk uspokaja
widzisz ja...
umieram
|
|
Jan Michał Zazula (ps. Jakub Broniec)
|
Wyjeżdżajcie już chłopcy od „Piasta"
Pora chłopcy opuścić tę dziurę Baby płaczą, napiekły wam ciasta Złota klatka uniesie was w górę Wyjeżdżajcie, już szychta skończona Pielęgniarki i lekarz są w szatni Porozwożą was suki do domów Mają wszystkich, wasz szyb jest ostatni Pan pułkownik wyciągnie sam rękę Gdzieś w kantorku bulgocze już czajnik Żona z „Wujka" ma czarną sukienkę A poza tym jest wreszcie normalnie Śpijcie w domach spokojnie do rana Nikt nie będzie się z Wami targować Jutro druga pojedzie w dół zmiana Trza fedrować, fedrować, fedrować Ze dwunastu nie wróci górników Czterech zniknie, trzech stanie przed sądem Trzech oplują wieczorem w dzienniku Dwaj są nie stąd, a reszta jest z rządem Władza w wasze przebrana mundury I bandyci przebrani za władzę Znów na placu defilad u góry Na przysięgę żołnierzy prowadzą Tylko honor jest wasz solidarni Bryłą węgla zaś polskie sumienie Wam już czas. Wyjeżdżajcie z kopalni Wspólna Polska zepchnięta pod ziemię Ład i spokój i praca na górze Pojedyncze są jeszcze przypadki Wolny kraj. Co nas trzyma w tej dziurze? Czas się zbierać, czas wracać do klatki

Piotr Pigoń
(piosenka nadawana przez konspiracyjne Radio „Solidarność")
|
|
Galeria Piotra Pigonia
|
|
anonim
|
|
Za słowa kłamstwem splugawione
Za mundur bratnią krwią splamiony
Za ręce siłą rozłączone
Za naród głodem umęczony
Za oczy dziecka przerażone
Obnoś swój tryumf w partyjnej chwale
Naród dziękuje Ci, generale
Za pogrom braci bez litości
Za honor wojska zbezczeszczony
Za mękę strasznej bezsilności
Za ból rozłąki z mężem żony
Za łzy i rozpacz samotności
Ciesz się, żeś działał tak wspaniale
Naród dziękuje Ci, generale
Za połamane pałką kości
Za koszmar walki brata z bratem
Za nienawiści siew i złości
Za to, że żołnierz stał się katem
Za znów zdławiony świt wolności
Pomnik swych zasług wzniosłeś trwale
Naród dziękuje Ci, generale
Za nałożone znów kajdany
Za zbrodnię łagrów w polskiej ziemi
Za fałsz przemówień wyświechtanych
Za podłość zdrajców między swymi
Za język prawdy zakazany
Wypnij na Kremlu pierś po medale
Naród dziękuje Ci, generale
Naród śle swe podziękowania
Żeby Ci legły jak kamienie
Przyjmij je spiesznie bez wzdragania
Może obudzą Twe sumienie
Bo generale nie znasz godziny
Gdy przed Najwyższym Dowódcą świata
Złożysz ostatni raport za swe czyny
Z piętnem Kaina, krwią swego brata
[autor nie jest mi znany wiersz ten przywiozła nam moja ciotka z Warszawy w styczniu 1982 r. - Piotr Pigoń]
|
|
Vengo
|
|
Milczałem, gdy odebrano mi pamięć
gorliwi urzędnicy wymazywali z mapy
moje miasto
zacierał się powoli widok na katedrę
cichł czarodziejski dzwon dzieciństwa
w końcu z trudem mogłem wypatrzeć
podwórko przy ulicy Głównej
zaciśnięte usta
nie otworzyły się po utracie smaku
zapomniałem o gorącej herbacie w kawiarni
zapomniałem o winie
zapomniałem jak smakuje jesień w Budapeszcie
wiedziałem, że na nic mi dotyk
sprawna ręka masażysty ostatni raz
namaściła mi ciało
nie czułem już ani zapachu poranka
ani woni spalonego słońcem rżyska
morze koło Cap D'Antibes też jak pocztówka
więc odarto mnie powoli z ojczystego języka
słowo po słowie
zamilkli sąsiedzi, przyjaciele, brat
w końcu umilkł kraj w którym nauczyłem się mówić
stanąłem na krańcu świata
obmyty falą oceanu w hiobowej szacie
zapytałem gdzie dalej iść
pierwszy na piasek osunął się syn
potem jego matka
upadając chwyciła mnie za rękę
po omacku brodząc w wodzie
szepnąłem: już czas
wszedłem w ciemność jak embrion
szukający pełni szczęścia

AT
|
|
|
|
|
|
|
najszerzej jak to...
Czytając liczne ...
ja to osobiście ...
Bardzo się ciesz...
spieszę donieś...
rozliczanie polit...
Proszę Pana, św...
wie Pan, naprawd...
Z pierwszej ręki...
casus późnego T...