Brama Wjazdowa

U Bramy
Wartownicy
Souvenir

Wiza wjazdowa

Wędrowiec zapomniał hasła?
Wędrowiec zapomniał nazwę?
Wędrowiec chce założyć konto?

Archiwum

Smoleńsk 2010

PayPal

Dziękujemy Państwu za finansowe wsparcie Miasta

Kwota: 

Najnowsze komentarze

Odsłon : 1052365
Dzielnica Artystów
PIOSENKA O NIEUCHRONNOŚCI
Vengo   
jest wrzesień i mam pięć lat

przez szyby woła mnie słoneczny świt


mgła, jak pianka na porannej kawie

pachnie trawa, a na niej świeże jabłka

dziadek powtarza, żeby nie zrywać z drzewa

zbierać z ziemi i wkładać do koszyka


dziadek wie wszystko ma siwe włosy

codziennie liczy konie pędzące w snach

zna siedem rodzajów śniegu i zboża

potrafi odróżnić kawkę od gawrona

brzytwę ostrzy na skórzanym pasieAT_Piosenka

nie zna słowa kocham, ale ma czas


stoję przed jabłonią i patrzę na mokre nogi

podnoszę jabłko i naciskam cienką skórkę

kwaśny sok cieknie po dłoni, a ja patrzę

wiem, że niczego już nie zmienię

ani jabłek, ani rosy, ani drzewa

świat stworzył mi się pod stopami


biją dzwony pieje kogut dymi komin

mam pięć lat i myślę kiedy umrę

czy dziś, czy jutro, czy dożyję wieku dziadka

zrywam jabłko i wszystko trwa

końca świata nie będzie

na razie

AT

 
Czuwanie
Barbara Marek   

W tę noc mistyczną miasto spało

przez uchylone drzwi balkonu

mgłą otulona niby szalem

płynęła cisza Getsemani

a w kruchym ciele rwał się oddech

nieubłaganą uwerturą

nadchodzącego pożegnania

przy łóżku Anioł Pocieszenia

prostował skrzydła do odlotu


w tę noc mistyczną miasto spało

 
Obcowanie
Krzysztof Rudziński   

Wyrastam z nich - z nich dnieję w drzewo

wyciętych w pień - kiełkują listki.

Od wczoraj dziś do potomnego przenoszę ich

w gałązki istnień. - A drzewo z ziemią jest

po słowie, objętych wpół - ocala mowę,

odgina wstecz zły wiatr. Dojrzewa. Wzbiera w gmach,

wyrasta nad fundament stulistnym obcowaniem

w zmowy po biały ranek w szepty po całych dniach.

- I od nich umiem hasło i odzew - wiary jasność

dni okopanych w kwiatach. - Desant babiego lata

zarosłych imion pnączem, wywiedzie się, wyplącze,

rozpełznie po ogrodzie z wiatrem - muzykę zrodzi.

W niej moja jawa prędko pierzcha,

jak sen i szukać muszę jawy

z ich pni poległych kędzierzawych

rosnących z próchna i z powietrza,

odebranego młodym płucom.

- Jej ton wraz wabi i odrzuca.

Łowi się chwilą bardzo małą

urody wielkiej, co uchyla

rąbek nieznanej tajemnicy -

tatarski szlak zew krwi trop wilczy.

Bywa - nie jest mi trudno dostrzec

pamięć kształtów nieobecnych zarys,AT

którzy nie są potrzebni dla oczu,

nie przydadzą się zmysłom na nic.

Bywa - ciemność odchylam z wolna

i nadchodzą zdjęci z krzyża chłopcy,

niosą lata szatańsko nieludzkie,

niosą młodość uciętą jak głowę.

Mój czas, w niej tak bezradny kroczy,

Gdzie tam kroczy, zaledwie kuśtyka

- Już nie mogą w nim dłużej mieszkać,

już nie mogą go stopą dotykać.

- Uciekają drzwiami z kamienia,

które znają poprzez śmierci kroki.

I z ziemi wniebowzięci w lipy czarnoleskie,

rosną w nich w dni piękniejsze, przyszłym pokoleniom.

Krzysztof Rudziński

AT

 
Listy do tytusa
Roman Misiewicz   

siostrze

I

wczesne południe słońce / najmocniej grzeje bielone ściany chat / z każdym nawet miękko postawionym na drodze krokiem wysoko unoszą się białe drobiny kurzu / zanim dostrzeżesz postać podróżnego wcześniej / pojawia się na widnokręgu tuż ponad jezdnią / mała popielata chmurka która czasami przybiera kształt wiru a czasem wędrującego obłoku / teraz gościniec jest pusty / nie licząc małego tumanu pyłu unoszącego się nad chłopcem / dźwigającym ciemnobrązowy tornister z grubej skóry / teczka posiada dwa dziurkowane pasy / zapięte na stalowe klamry oraz dwie wielkie kieszenie / w jednej z nich jest nienaruszone drugie śniadanie owinięte w bladożółty woskowany papier / a w drugiej pylące jak gąbka ochraniacze na buty / suchy wrzesień /

 

KrzysztofMazur1

Krzysztof Mazur

 

w powietrzu prawie niewyczuwalny zapach palonych badyli który / działa jak eliksir melancholii / przed chatami babiny w chustach siedzą na drewnianych ławach a spod ich palców spływają do wiader łupiny ziemniaków / podnoszą lekko głowy by zaraz znów się pochylić nad pracą / nie pytają o nic a chłopiec chciałby aby go ktoś zapytał / dokąd dlaczego nawet skąd idzie / kogoś kto by go zatrzymał w drodze / zagaduje więc grzecznie przepraszam która godzina / będzie koło południa / tyle / nic więcej żadnego pytania całkowita obojętność / tuziemców / południe a więc mama wraca teraz z pracy / jeszcze się nie niepokoi / zastanawia się gdzie jest i dlaczego do tej pory nie wrócił ze szkoły powoli / w miarę jak myśli o nim coraz dłużej / rośnie w niej lęk który gotów jest w każdej chwili gdyby się pojawił przeistoczyć w gniew tym większy im dłużej narastał / tymczasem on jest siedem kilometrów od domu / na granicy kopalin i lasu w którym kiedyś z dziadkiem zbierali opieńki / porastające w ciemnych i wilgotnych kotlinach ogromne omszałe pnie /

 

KrzysztofMazur2

Krzysztof Mazur

zahaczające pewnie korzeniami o złotawe kości celtów / toczących tu wieki temu boje w obronie osady skrytej na wysokim grzbiecie pagóra wyrastającego pośród puszczy jak zielony guz / tuż za lasem jest wieś / chłopiec nigdy w niej nie był ale wie że nazywa się stasiówka / że ludzie stamtąd schodzili przed wojną wijącą się pomiędzy drzewami drogą do kościoła niosąc na prawym ramieniu buty związane ze sobą sznurówkami / droga była gliniasta poprzecinana nabrzmiałymi od soków korzeniami sosen / obwałowana puszystym mchem / pachnąca grzybnią / gdzieś tutaj przed miastem siadali przy rowie aby obmyć brudne stopy i wdziać obuwie / a jeszcze dalej za wsią są lasy lasy lasy

KrzysztofMazur3

Krzysztof Mazur

i wśród nich może jakaś mała wioska z bielonymi domkami odcięta od świata / bez prądu w której może go ktoś przyjmie dzisiaj na nocleg / zaprosi na posiłek i pozwoli zasnąć w stodole pachnącej sianem / w której świtem zbudzą go zimne stopy i promienie słońca włamujące się do środka przez sęki i szczeliny powstałe pomiędzy rozsychającymi się na popielato jodłowymi deskami / domyśla się że dalej jeszcze / czeka go droga przez lasy o drzewach w kolorze pistacji / w których potykać się będzie o skamieniałe grzyby / a gałęzie będą się kruszyć z takim brzękiem jak gdyby były z kryształu / za tymi lasami czekają na niego inne sioła położone w parowach do których nie dotarł nigdy żaden najeźdźca i / może dlatego ludzie w nich są / radośni / pełni życzliwości dla siebie / i wierzą w znaczenie słów / mieszkają zaś w domach splecionych z wikliny przetykanej mchem wysoko pomiędzy / konarami drzew / chodząc odziani w dziwne kubraki z ptasich piór / a mówią w języku podobnym do cichego klaskania kołatki / w tym języku który był na początku zanim został wymieszany z twardymi słowami i określeniami przyniesionymi na niziny przez obcych / koło głowy chłopca przelatuje jasnobrązowy liść prędko / niesiony ciepłym jeszcze wiatrem / z którego włókien nozdrza są w stanie wyłowić bardzo odległe nutki chłodu / czasem pojedynczy skurczony wachlarz kasztanowca zachrzęści pod nogą jak rozgniatana kostka cukru / coraz ciężej iść / jakby stopy zapadały się w miękkim mchu las widać już w dali / i droga którą idzie pod górę zanurza swój wąski ogon w jego wnętrznościach / nad głową chłopca krąży sokół / zawieszony w powietrzu pomiędzy chałupami górami i kosmosem / gdyby tak wzbił się wyżej chłopiec mógłby jego oczami ogarnąć ogromne szmaragdowe przestrzenie które leżą przed nim jak jedwabna tkanina / zobaczyłby niekończący się obszar wielkich spiętrzonych wałów ziemi / z grzywami lasów kołyszący się przed maleńką postacią podchodzącą do ich kraju / czerwieniejące głębiny buków i płycizny młodych sosen w kolorze tych butelek / w jakich dziadek przynosił mu w lecie lemoniadę / korkowaną na małą porcelankę / miniaturę tych które wysoko brzęczą rozpięte na betonowych słupach trakcyjnych / im głębiej na południe tym bardziej lasy jaśnieją / rzedną / więcej w nich wirów i załamań / kamiennych wysp które kruszą przypływy i odpływy wiatrów / sokół jakby dotarły do niego myśli chłopca unosi się coraz wyżej wznoszony ciepłym śródziemnomorskim prądem powietrza / w najgłębszą ciszę kosmosu niezakłócaną żadnym dźwiękiem / ciszę jaką mogli poznać tylko pasażerowie transatlantycznych sterowców / tymczasem na ziemi z bardzo daleka dobiega głos dzwonów bijących na anioł pański / z kościoła świętej jadwigi / dźwięk odbija się od gęstwiny lasu i przynosi chłopcu obraz małych czarnych postaci kołyszących się na sznurach / zakończonych pętlą / za pomocą których porusza się ciężki stelaż dzwonu / wiejący od lasu powiew niesie kadzidlany zapach kruchty / a może jest to delikatny i czuły jak oddech dotyk wietrzyku który poczuł kiedyś gdy klęczał podczas podniesienia / jeszcze tylko kilka domów rozrzuconych coraz rzadziej coraz dalej od siebie / jeszcze jeden dom jeden zagon który kończy szpaler tyczek z rozwieszonym na nich pachnącym groszkiem i za chwilę chłopiec zanurzy się w inny czas i przestrzeń / dlaczego wybrał właśnie tę a nie inną spośród dróg / które by go powiodły na północ albo na wschód / każdą z nich mógł przecież wybrać równie dobrze / nie poszedł ani przez niziny rozciągające się za rzeką / wabiące samotnymi drzewami wrośniętymi w czarną linię horyzontu / nie poszedł także dnem kotliny wiodącej ze wschodu na zachód / starym rozlewiskiem rzeki / z którego dna wyrastają niespodziewanie potężne głazy / by potem znów pogrążyć się w ziemi na całe stulecia / dlaczego wybrał tę najdziwniejszą drogę / poprzez puszcze i góry / dlaczego ten chłopiec / który nie zna mapy podąża w kierunku bram babilonu / ziemiom horusa / pastwiskom abrahama / jakby uciekał przed ustami ciemności / ku źródłom /

 
powrót
Andrzej Kisiel   

Poezja ziemi nigdy nie umiera.

John Keats

szedłem między polem a polem

zieleń witała mnie

myślałem o uprawie ziemi

to było jak zwrócenie twarzy ku słońcu

gdybyś rzekł coś o ujarzmianiu żywiołów

nie zrozumiałbym


chciałem chyba wówczas wyzwolić Ziemię

 
SPOWIEDŹ FAUSTA
Vengo   
Co mi mogłeś obiecać?

starzejące się dzień po dniu ciało

żłobiące w łóżku znajomy kształt

coraz lżejszy cień na ścianie

coraz cięższy oddech

lusterko wpatrzone w nieme usta


wybrałem sterylność kartki

spazm w karbach gramatyki

ekstazę wykrzyknika

rozkosz nieistnienia


może to niewiele

ale przynajmniej nie boli

 

Piotr_Pigon_Spowiedz

Piotr Pigoń

 
Pan Piórko w tarapatach (na marginesie wiekopomnego dzieła Henri Michaux)
Rolex   

Pan Piórko znów był nie w sosie, a to za sprawą upiornej aktorki, która we wczorajszym dzienniku ogłosiła, że znów skończył się komunizm, ale tym razem naprawdę. Anons nie przybił pana Piórko dokumentnie, bo pamiętał, że tego rodzaju obietnice zazwyczaj poprzedzały okresy, kiedy to komunizm przepoczwarzając się kontynuował się w najlepsze, a pan Piórko, wieloletni funkcjonariusz i miłośnik komiksów o kapitanie Żbiku lubił, gdy komunizm trwał jak masło, a on w nim jak pączek.

Całkowite nietracenie pogody ducha to jedno, a werbalna groźba tkwiąca w zapowiedzi to drugie, i to drugie właśnie - niczym swoista odmiana memento mori - tkwiło w śpiącym umyśle pana Piórko całą noc, nie pozwalając mu wylegiwać się do późna, jak przystało na emerytowanego funkcjonariusza.

Rozczarowanie ulotnieniem się całkowitości spokoju ducha było tym większe, że jak pamiętamy, pan Piórko szczęśliwie stracił żonę pod kołami pociągu, który przejechał przez ich sypialnię i tę połowę łóżka, na której spała żona, w poprzedni czwartek.

Żona nie była zbyt uciążliwym towarzyszem funkcyjnej emerytury; po latach zresztą okazało się, że była również wzorową funkcjonariuszką, której w formie zamążpójścia przypadło w udziale dbanie o właściwą postawę ideową męża; jadła jednak zbyt dużo i zajmowała zbyt dużo miejsca na sofie, jej odejście przyjął więc pan Piórko raczej pogodnie, spodziewając się otwarcia całkiem nowych życiowych perspektyw. Teraz jednak zdecydował się zapomnieć o perspektywach i zająć się przywróceniem pogody ducha do stanu zupełnego, a więc takiego, do którego przez dwadzieścia lat się przyzwyczaił. Po krótkich rozmyślaniach postanowił zadzwonić do Borewicza. Ten stary ubek zawsze wiedział wszystko przed wszystkimi innymi, w pełnej, niezafałszowanej perspektywie.

Więcej…
 
W służbie ludzkości
ks. Jerzy Szymik   

Zamienić znaki plus i minus.


Zrobić to z ulgą.

Zrobić to dla cichej i gorzkiej sławy

emisariusza nieuniknionego,

harcownika konieczności,

sługi postępu.

Zrobić to dla nich wszystkich,

nieco niemrawych, niestety i owszem. Ale

czyż istnieje alernatywa dla nowoczesności?

Misja, po prostu.


Postawić plus przed tym, co dotąd niesłusznie

i z ciasnych racji uchodziło za zło.


Postawić minus przed tym, co dotąd opresyjnie

i podstępnie zwano dobrem.


Obnażyć inercyjną naturę przymusu tzw. zgodliwej harmonii,

która jest zmową sojuszu aseksualnych: matron po menopauzie

i celibatariuszy, czyli kastratów. I która wisi nad Wisłą i Odrą

jak trujący smog i atomowy grzyb razem wzięte.


Odsłonić witalność pychy i wzniosłość agresji, z których

wszelkie życie (czyż bycie nie jest świątynią nieposkromionego

Erosa?) Czyż nie tak nas uczył ojciec nasz, Fryderyk? I które -

pycha i agresja - jedyne chronią wolność, a więc i demokrację.


Powiedzieć to wszystko. Choćby i tocząc pianę, ale tym bardziej

dobitnie - za innych, dla wszystkich.


Podawać przykłady. Wytrzymać plemienne pohukiwania

Dulskich. Mówić przeciwko kołtuństwu, z cywilną odwagą,

w kolorach tęczy, odważnie.


Przemilczeć dyskretnie własną ofiarę (ciepieć to zwyczajne

dla pionierów), na przykład niełatwe zmiany żon (jest trzecia,

jest dobrze: są możliwe dwie godziny na tydzień z synem

z pierwszego małżeństwa; chodzimy do zoo, na karuzele do

wesołego miasteczka).


Zamienić znaki.

 
Siedemnastu
Krzysztof Rudziński   

Pamięci powstańców 1963 roku

Są noce, kiedy chodzę dawnych czasów skrajem,

oddech w piersi zatajam, by chwili nie musnąć.

I czuję jak opada zapomnienia chusta,

łuski z oczu i jasność mi wizji się staje.

Oto ogród w mgłach tonie. Brodzi późna jesień.

Listopad, z dniem co zasnął zanim w pełni dorósł.

A już chmurnie się zapadł w piernaty wieczoru,

który zjawą posłańca trwożne wieści niesie.


Wnet pochwycone, w sieni słotą mokrą pluszczą.

Już przytłumionym szeptem zaglądają głowy.
Ostatnich siedemnastu z kozienickiej puszczy

wchodzi rzędem do izby powstańców styczniowych.


Patrzę, twarze zmęczone a ubrania w strzępach,

ścigani bez wytchnienia kozacką obławą.

Lecz oni raz wybrawszy zdają się pamiętać,

że śmierć wolnych jest ceną nieśmiertelnych sławy.


Jutro - gdy ich zaborcy, zdrajcy wydawali,

aby ciałami dęby ubierał jak w bliznę,

Bóg im oczy zamykał - byśmy pamiętali.

A duszom ich otwierał już wolną Ojczyznę.


(Pisane w Dniu Zadusznym 1998 roku)

 

AT2

AT

 
***
Andrzej Kisiel   

to nieważne

czy zgiełk wielu głosów

czy fanfara jednej prawdy

mnie zagłusza

 
Obecność
Barbara Marek   

wolontariuszom hospicyjnym

Tak mi dziś potrzeba twej wiernej przyjaźni

bez płonnych nadziei co skrywają prawdę

(ból zostanie bólem)

ciepłych rąk co dają ulgę i otuchę - pragnę

o b e c n o ś c i

ona jest jak balsam

lęk wypełza nocą

i nie ma wprost miary me ogołocenie

już jestem t a m choć jeszcze jestem tutaj

nic nie mów ja już widzę dalej

zanim cię pożegnam trzymaj mnie za rękę

zostań jeszcze trochę dotyk uspokaja

widzisz ja...

umieram

 
OSTATNIA SZYCHTA NA KWK „PIAST”
Jan Michał Zazula (ps. Jakub Broniec)   
Wyjeżdżajcie już chłopcy od „Piasta"

Pora chłopcy opuścić tę dziurę
Baby płaczą, napiekły wam ciasta
Złota klatka uniesie was w górę

Wyjeżdżajcie, już szychta skończona
Pielęgniarki i lekarz są w szatni
Porozwożą was suki do domów
Mają wszystkich, wasz szyb jest ostatni

Pan pułkownik wyciągnie sam rękę
Gdzieś w kantorku bulgocze już czajnik
Żona z „Wujka" ma czarną sukienkę
A poza tym jest wreszcie normalnie

Śpijcie w domach spokojnie do rana
Nikt nie będzie się z Wami targować
Jutro druga pojedzie w dół zmiana
Trza fedrować, fedrować, fedrować

Ze dwunastu nie wróci górników
Czterech zniknie, trzech stanie przed sądem
Trzech oplują wieczorem w dzienniku
Dwaj są nie stąd, a reszta jest z rządem

Władza w wasze przebrana mundury
I bandyci przebrani za władzę
Znów na placu defilad u góry
Na przysięgę żołnierzy prowadzą

Tylko honor jest wasz solidarni
Bryłą węgla zaś polskie sumienie
Wam już czas. Wyjeżdżajcie z kopalni
Wspólna Polska zepchnięta pod ziemię

Ład i spokój i praca na górze
Pojedyncze są jeszcze przypadki
Wolny kraj. Co nas trzyma w tej dziurze?
Czas się zbierać, czas wracać do klatki

Piast1

Piotr Pigoń

 

(piosenka nadawana przez konspiracyjne Radio „Solidarność")

Galeria Piotra Pigonia
 
DO GENERAŁA
anonim   

Za słowa kłamstwem splugawione

Za mundur bratnią krwią splamiony

Za ręce siłą rozłączone

Za naród głodem umęczony

Za oczy dziecka przerażone

Obnoś swój tryumf w partyjnej chwale

Naród dziękuje Ci, generale

Za pogrom braci bez litości

Za honor wojska zbezczeszczony

Za mękę strasznej bezsilności

Za ból rozłąki z mężem żony

Za łzy i rozpacz samotności

Ciesz się, żeś działał tak wspaniale

Naród dziękuje Ci, generale

Za połamane pałką kości

Za koszmar walki brata z bratem

Za nienawiści siew i złości

Za to, że żołnierz stał się katem

Za znów zdławiony świt wolności

Pomnik swych zasług wzniosłeś trwale

Naród dziękuje Ci, generale

Za nałożone znów kajdany

Za zbrodnię łagrów w polskiej ziemi

Za fałsz przemówień wyświechtanych

Za podłość zdrajców między swymi

Za język prawdy zakazany

Wypnij na Kremlu pierś po medale

Naród dziękuje Ci, generale


Naród śle swe podziękowania

Żeby Ci legły jak kamienie

Przyjmij je spiesznie bez wzdragania

Może obudzą Twe sumienie

Bo generale nie znasz godziny

Gdy przed Najwyższym Dowódcą świata

Złożysz ostatni raport za swe czyny

Z piętnem Kaina, krwią swego brata



[autor nie jest mi znany wiersz ten przywiozła nam moja ciotka z Warszawy w styczniu 1982 r. - Piotr Pigoń]

 
Marai
Vengo   

Milczałem, gdy odebrano mi pamięć

gorliwi urzędnicy wymazywali z mapy

moje miasto

zacierał się powoli widok na katedrę

cichł czarodziejski dzwon dzieciństwa

w końcu z trudem mogłem wypatrzeć

podwórko przy ulicy Głównej

 

zaciśnięte usta

nie otworzyły się po utracie smaku

zapomniałem o gorącej herbacie w kawiarni

zapomniałem o winie

zapomniałem jak smakuje jesień w Budapeszcie

 

wiedziałem, że na nic mi dotyk

sprawna ręka masażysty ostatni raz

namaściła mi ciało

 

nie czułem już ani zapachu poranka

ani woni spalonego słońcem rżyska

morze koło Cap D'Antibes też jak pocztówka

 

więc odarto mnie powoli z ojczystego języka

słowo po słowie

zamilkli sąsiedzi, przyjaciele, brat

w końcu umilkł kraj w którym nauczyłem się mówić

 

stanąłem na krańcu świata

obmyty falą oceanu w hiobowej szacie

zapytałem gdzie dalej iść

pierwszy na piasek osunął się syn

potem jego matka

upadając chwyciła mnie za rękę

 

po omacku brodząc w wodzie

szepnąłem: już czas

wszedłem w ciemność jak embrion

szukający pełni szczęścia

 

AT_Marai

AT